Nie mieliśmy żadnych szans, a jednak…

Nigdy wcześniej nie interesowały mnie samoloty. Bardzo długo świat awiacji był dla mnie owiany tajemnicą, niedostępny i odległy.

Wszystko się jednak zmieniło gdy zaczęłam spotykać się z Mateuszem. Wtedy nagle całe moje życie zaczęło kręcić się wokół gdańskiego lotniska.

Mateusz swoją pasję do samolotów wyniósł z domu. On, i to dosłownie, wychował się na różnych lotniskach w Polsce i w Niemczech. Przez 30 lat jego ojciec pracował w obsłudze pasażerskiej różnych linii i lotnisk.

To właśnie tata zaraził syna awiacyjnym bakcylem i wychodzi na, że to jest dziedziczne, zaraźliwe i wciąż jeszcze nieuleczalne, a w dodatku dość szybko się rozprzestrzenia. Na prawdę trudno zachować tu naturalną odporność i nie dać się w to wkręcić. Jak widać, mi się nie udało. 

Mateusz wychowany wśród samolotów, jak na każdego dzieciaka przystało, miał też swój okres buntu. Po kilku latach pracy w branży na bardzo różnych stanowiskach i w bardzo różnej formie, miał potrzebę wyrwania się stamtąd i ucieczki od tego świata.

Nowej pracy szukał jednak trochę po omacku. Łapał się prawie wszystkich ofert, niezależnie od tego czy się nadawał czy nie. Cokolwiek się napatoczyło – musiał spróbować.

Tym sposobem, gdy koleżanka z pracy powiedziała mu, że jedna z bardzo dużych i znanych arabskich linii lotniczych, prowadzi jutro rekrutację w Gdańsku, nie zastanawiał się w ogóle.

DSC_0398

Ja byłam wtedy jeszcze kompletnym świeżakiem w świecie samolotów i wielkich światowych linii lotniczych. Dlatego też sama nazwa firmy, zupełnie nie zrobiła na mnie wrażenia. Nie było wtedy bezpośrednich połączeń Dubaj – Warszawa i, chyba, wielu niewtajemniczonych nie znało zbyt dobrze tej linii – a przynajmniej ja i moja rodzinka.

Mateusz natomiast, kompletnie nie mógł pojąć jak ja mogę nie znać takiego znanego giganta. Teraz, to ja też się nad tym zastanawiam. 😛

Nie mieliśmy żadnych złudzeń!  Takie firmy przecież przebierają w kandydatach.

Mocno zastanawialiśmy się co tak na prawdę Mateusz mógłby im zaoferować, czym się wyróżnić?  Angielski to było, i dalej jest, absolutne minimum przez nich wymagane, ale może w takim razie jego niemiecki będzie tu dodatkowym atutem?

Nie mieliśmy również złudzeń, że angielski powinien znać na jakimś wypasionym poziomie. Świetnie zdawaliśmy sobie również sprawę, że jego językowe umiejętności pozostawiają wiele do życzenia. Ale czy to nas powstrzymało?

Mateusza angielski był wtedy na poziome, który ja roboczo nazywam lotniskowym sprechen w dechen. 

WTF? Co to za poziom? O co tu chodzi?

Lotniskowe sprechen w dechen to bardzo specyficzny poziom wtajemniczenia. Jest to wysoko wyspecjalizowana znajomość języka, która polega na tym, że póki rozmawiamy na tematy: gatów, bordingów, oversized luggage czy innych flight canncelations or delays to m.in. Mateusz włada językiem biegle. Wszystko wytłumaczy i dogada się z każdym. Ale jakby trzeba było porozmawiać o wpływie faz księżyca na ilość znoszonych jaj przez kury z doliny Mekongu, to mógłby już nie wiedzieć jak dobrać słowa i zbudować zdania. I to wcale nie dlatego, że nie interesują go kury, ani dolina Mekongu. 

Naszym asem w rękawie miał być jego niemiecki, czyli coś co wyróżniało go pośród wszystkich kandydatów startujących wtedy w Gdańsku. Niestety, nasz as był trochę znakowany. Dla Mateusza niemiecki jest jego drugiem językiem, a angielski dopiero trzecim.

Teoretycznie, na co dzień, nie ma to żadnego znaczenia. Jednak przez lata pracy na lotnisku Mateusz znaczenie częściej używał angielskiego niż niemieckiego.

Mąż Mój język naszych sąsiadów zna od dziecka. Znaczną część swojej edukacji na poziomie szkoły podstawowej odbył właśnie w Niemczech. Dlatego też mówienie po niemiecku jest dla niego naturalne i bardzo swobodnie czuje się porozumiewając w tym języku, czasami aż zbyt swobodnie. Ma też piękny niemiecki akcent, nawet jak mówi po angielsku. 🙂

Swoboda mówienia w obcym języku, to jest to do czego wszyscy zawsze dążą. Jednak jego swoboda gdy zaczyna mówić po niemiecku, potrafi go bardzo często zdradzić.  Działa to mniej więcej tak: Mateusz zaczyna z kimś rozmowę po niemiecku, jego rozmówca kontynuuje również po niemiecku, a Mateusz wszystkie pięknie rozumie i konwersuje dalej.

I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie jego rozmówca, który bardzo często nagle daje wszystkim do zrozumienia, że przestał kumać, a wszyscy dokoła łapią się na tym, że nagle to oni zaczęli wszystko rozumieć.

Dlaczego? 

Mateusz, jeszcze do niedawna, miał niesamowitą zdolność przechodzenia z niemieckiego na angielski i to tak płynnie, że on sam się nie orientował. Na co dzień, to jest niby drobiazg, ale na rozmowie kwalifikacyjnej już niestety nie.  

Także, Mateusz poszedł na tą rekrutację, ale w głębi serca oboje wiedzieliśmy, że to jest tak absolutna abstrakcja, że nie mamy co przywiązywać się za mocno do tego pomysłu.

W rezultacie naszych wniosków i przemyśleń, Mateusz poszedł tam na tzw. turystę, czyli z założeniem, że idzie sprawdzić co i jak, o co w ogóle chodzi, ale przede wszystkim  zamierzał dobrze się bawić i zupełnie niczym nie przejmować. W żadnym razie nie sądziłam wtedy, że powinnam się zacząć pakować.

To był dokładnie 12 stycznia 2012 roku. Podczas całego procesu rekrutacji, Mateusz co kilka godzin dzwonił do mnie i meldował, że w sumie to on nie wie o co chodzi, ale każą mu zostać na kolejny etap.

A ja, zupełnie nie zaprzątając sobie głowy „pierdołami”, cieszyłam się z jego sukcesów i gratulowałam kolejnego etapu. Zupełnie nie traktowałam tego poważnie i dużo bardziej zastanawiało mnie, o której wróci i gdzie pójdziemy na naszą urodzinową kolację. To były dokładnie jego 23-cie urodziny, a zaraz 13-go stycznia, urodziny zawsze mam ja – więc co roku świętujemy raz a dobrze.

Gdy po całym dniu eliminacji, Mateusz wrócił do domu i oświadczył, że doszedł już prawie do ostatniego etapu, wtedy dopiero zaczęliśmy się zastanawiać, a co jeśli…

Rozsądek podpowiadał nam – nie ma szans, a serce mówiło: Co?! Ja nie dam rady?! No to potrzymaj mi piwo i patrz!

7 lat później dalej patrzymy na to wszystko z tym samym niedowierzaniem, z tą samą ciekawością. Tak samo zastanawiamy się: Jakim ku.. cudem?.

Nawet rozważaliśmy opcje, że kobietki rekruterki miały gest i zrobiły Mateuszowi prezent urodzinowy. No bo jak inaczej wyjaśnić fakt, że dostał tę pracę nie spełniając w pełni tak wielu wymagań?

Z tego wszystkiego wniosek właściwie nasuwa się jeden – próbować należy zawsze. W życiu trzeba łapać wszystkie okazje, nawet te które wydają nam się absurdalne i zupełnie nierealne. Próbuj, nawet wtedy, gdy jesteś przekonany, że nie masz żadnych szans. Najczęściej wtedy nie masz też nic do stracenia. 

W końcu, jak to powiedział Mark Twain:

Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj.