A gdyby tak opowiedzieć wreszcie jak to się wszystko zaczęło?

post

Tak wyglądaliśmy wyjeżdżając… 7 lat temu

 

Był wtedy styczeń, dopiero się zaczął więc wszyscy jeszcze żyli świętami, wspominali sylwestrowe szaleństwa i dzielnie trzymali się noworocznych postanowień. Wszędzie jeszcze czuć było noworoczną atmosferę, choć już bez tego pędu i gonitwy. Wszyscy bardzo powoli godzili się z myślą, że pora wracać do szarej zimowej rzeczywistości. Posylwestrowe rozleniwienie, kac i dodatkowe, poświąteczne kilogramy, niestety, ale nie ułatwiały. Do tego dużą szpilą dla wszystkich była perspektywa, że na kolejny długi weekend można liczyć dopiero na początku kwietnia, czyli na Wielkanoc. Tak, tak, to jeszcze te czasy kiedy, 6 stycznia był dniem normalnie pracującym i nikomu się nawet nie śniło, że może być inaczej.

Cały świat z nadzieją patrzył w przyszłość. Wszyscy z zaciekawieniem i w napięciu oczekiwali co też, ten nowy 2012 rok im przyniesie. No cóż, my nie byliśmy w tym przypadku inni. Ale nas ten rok zaskoczył. Przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania, i zmienił nasze życie już na dobre.

To był czas, gdy ja godziłam pracę jako rejestratorka w prywatnej przychodni, z dziennymi studiami magisterskimi na gdańskim uniwerku i życiem na własny rachunek. W październiku postanowiłam pójść na swoje, spróbować swoich sił i w styczniu mogłam już śmiało powiedzieć, że nawet mi się ten budżet jakoś sklejał.

Mateusz w tym czasie, pracował na lotnisku. Odprawiał pasażerów wylatujących z Gdańska, jeszcze wtedy ze starego terminala. Pewnie nie wielu go już pamięta. Nie studiował, więc w wolnych chwilach dowoził mi do pracy naleśniki. No cóż, nie miałam za dużo wolnego czasu dla niego, a on uwielbiał mnie zaskakiwać. Zaczęliśmy się spotykać ponad rok wcześniej i choć poznaliśmy się na studiach, to Mateuszowi wszystko się rozjechało i ze mną na magisterskie już pójść nie mógł.

To był czas gdy oboje mielimy potrzebę, żeby coś zmienić, żeby się ruszyć. Jednak każde z nas postrzegało to zupełnie inaczej.

Ja uwielbiałam swoją pracę i nie chciałam jej zmieniać, planowałam też skończyć studia, ale… Jednocześnie z tym wszystkim marzyły mi się podróże. Chciałam poznawać świat, nowych ludzi, inne kultury.

Wtedy jeszcze nawet do głowy mi nie przyszło, że to marzenie może zdominować całe moje życie i…, że dla niego porzucę wszystko inne. Chcąc pogodzić moją pracę, studia i podróże jedyne na co wtedy wpadłam, to praca jako animator albo rezydent podczas wakacji. Praca dla biura podróży wydawała mi się spełnieniem wszystkich moich marzeń i uznawałam to za maks moich realnych możliwości.

Praca stewardesy nawet mi się wtedy nie śniła, nawet przez myśl mi nigdy nie przemknęła. Uznawałam ją zawsze za totalnie poza moim zasięgiem, bo ja nie umiem pływać. Tak, całe życie nad morzem, urodzona nad morzem bla bla bla.. no i co z tego? Nie słyszeliście o rybakach, którzy nie potrafią pływać? Albo o szewcach co bez butów chodzą… No właśnie. Na pewno słyszeliście. A ja owszem umiem się unieść na wodzie i nawet nie utopić, ale pływaniem bym tego nie nazwała. A powszechnie wiadomo, że stewki muszą pływać niczym Otylia w walce o złoto, wiec takie podróże wydawały mi się kompletnie poza moim zasięgiem.

Mateusz w tym czasie miał swoje wizje na wprowadzanie zmian. Wizje, których do tej pory nie potrafi racjonalnie wytłumaczyć. Znudzony i wkurzony pracą z ludźmi, obsługą klienta i wszystkim co się z tym wiąże, zaczął szukać innej pracy. Chciał wyrwać się z lotniska. Może nawet uciec od awiacji?

Miał wtedy wszystko bardzo „przemyślanie”, „dokładnie” wiedział, czego chce a czego na pewno nie. Jego „precyzyjny” plan spokojnie możemy roboczo zatytułować – „Bez plan i spontan”. No bo jak inaczej wytłumaczyć, gdy ktoś zgłasza się do pracy w wypożyczalni samochodów – i to nie na stanowisko konserwatora powierzchni płaskich albo do mycia tych samochodów – nie mając prawa jazdy? No i najważniejsze, sztandarowy przykład tej strategii – uciekając od pracy z klientem – poszedł na rekrutacje na Stewarda… no przecież logiczne prawda?!

Teraz  robię sobie z tego niemałe heheszki, ale w sumie oboje nie najgorzej wyszliśmy na tej taktyce. O ile w ogóle można to nazwać taktyką. 

20180713_144638

A tak wyglądamy teraz. Czas był chyba dla nas dość łaskawy?!

Zanim wywróciliśmy nasze życie do góry nogami, jak widzicie żyliśmy zupełnie przeciętnie – praca, szkoła, dom. Byliśmy młodzi, naiwni, nie patrzyliśmy za daleko do przodu, a szczytem naszych podroży były Bieszczady i Frankfurt na Menem, gdzie Mateusz mieszkał jako dzieciak i wciąż ma tam znajomych i krewnych.

Azja?! Australia?! Wtedy nam się nawet nie śniły. Żadne z nas nie śmiało nawet marzyć o tym, że kiedyś tam będziemy, ale czuwaliśmy. Szliśmy przez życie powoli z oczami i uszami otwartymi na różne okazje. Gotowi by w każdej chwili z nich skorzystać. Szukaliśmy różnych możliwości, oglądaliśmy się za nimi, aż w końcu te właściwe znalazły nas. Kiedyś w jednej z książek Macieja Bennewicza (już niestety nie pamiętam której dokładnie) przeczytałam jedno zdanie, które stało się naszym życiowym mottem – Szczęście to szansa, która trafia na gotowość. 

Nie lubię, właściwie oboje nie lubimy, myśleć o sobie, że nam się coś przytrafiło, że nam się poszczęściło. A już w ogóle leczy nas przysłowie trafiło się ślepej kurze ziarno. To tak nie działa. Nasze szczęście polegało na tym, że szansa, która nam się przytrafiła, trafiała na naszą gotowość. Gotowość i odwagę, żeby po nią sięgnąć, zawalczyć i wykorzystać w pełni. 

Wiele osób ,wtedy i teraz, mówi nam, że nam zazdrości, że też by tak chciało. A ja się zawsze się zastanawiam, to czemu nigdy nie spróbowałeś?! Rekrutacje są otwarte dla wszystkich, wystarczy napisać CV i ruszyć pupkę. Dokładnie tyle samo zrobiliśmy my. Nie wykorzystaliśmy żadnych koneksji bo ich nigdy nie mieliśmy. Nie wykorzystaliśmy niczego, do czego dostępu nie ma każdy inny śmiertelnik. Chociaż jak się nad tym zastanawiam, to może odwagę i determinację trzeba by zaliczyć do takich zasobów.

W odpowiedzi na pytanie: A czemu Ty nie spróbujesz? Często słyszałam masę wymówek, wręcz czułam zawsze zasypująca mnie lawinę… nie, on nie może, on nie da rady, nie ma czasu nie… nie… nie… .Nie mówię, że wszystkie wymówki są od czapy, no bo jednak mąż i gromadka dzieci to całkiem solidny argument, ale to jest właśnie ta gotowość.

Gdy doszły nas słuchy o rekrutacji do arabskich linii lotniczych, nie trzymaliśmy tego dla siebie. Trąbiliśmy o tym na prawo i lewo, czyli dawaliśmy tą samą szanse innym, ale inni nie byli gotowi, nie mieli odwagi i nie skorzystali. My byliśmy i to właśnie było nasze szczęście.

To dopiero początek, wstęp do naszej historii, opowieści, która trwa już 7 lat i ciągle końca nie widać. 

Zmieniam się ja, zmienia się moje pisanie więc zmienia się też mój blog.