Miesiąc życia w iluzji

20170926_131748.jpgZ początkiem lipca zawitałam do kraju, wróciłam skąd przyszłam i wiecie co… teraz dopiero zaczęły się schody.

Wyjechać z Dubaju wcale nie było łatwo

Formalności związane z wyjazdem okazały się bardziej zawiłe niż sądziłam. Wszystko trwało dużo dłużej niż przewidywałam, ale dzięki temu spędziłam prawie miesiąc pod kloszem, w złudzeniu, że nic się nie zmieniło, że wszystko jest po staremu.

Anulacja wizy i próba wywozu moich klamotów okazała się nie lada wyzwaniem. Perspektywa wywiezienia tego wszystkiego jako cargo zmieniała się na tyle szybko i intensywnie, że przechodząc przez wszystkie etapy, rozważając dosłownie wszystkie możliwości, zdecydowaliśmy się w końcu nie przewozić tego wcale.

Nie zamierzam oczywiście zostawiać moich książek w Dubaju tak na amen. O nie, nie, nie, co to to nie. Co jak co, ale nie książki. Mateusz się zawsze śmieje, że prędzej jego sprzedam na jakimś pchlim targu niż jakąkolwiek z moich książek. Ja oczywiście zawsze zaprzeczam, ale obawiam się, że on chyba zdaje sobie sprawę, że robię to tylko z grzeczności. No cóż, ja i moje książki zawsze idziemy w pakiecie. Widziały gały co brały więc nie powinno być zaskoczenia.

W procesie ogarniania całego bałaganu, okazało się, że dokumentacja potrzebna do przewozu mienia przesiedleńczego to wiedza dość tajemna i nie łatwo ją zdobyć. Na szczęście ja jestem stworzeniem z natury dość upartym, a niespodzianek nie lubię, oczywiście tylko tych złych. Dlatego z uporem maniaka obdzwoniłam wszystkie możliwe instytucje i wreszcie wydębiłam od nich pełną listę. Jak się okazało, że muszę przedstawić dowód zameldowanie w Polsce i wynająć agencję celną to wymiękłam. Ja podobno mam ciągle zameldowanie w Polsce, ale na litość boską, ja chce tylko moje książki przewieźć.

W rezultacie zwątpiliśmy w całą tą zabawę i postanowiliśmy zwozić wszystko sukcesywnie w bagażach. Z założenia, abyśmy zupełnie nie uschnęli z tęsknoty, Mateusz będzie teraz ciągle latał do Warszawy, czy to służbowo, czy prywatnie. A ja oczywiście będę go tam odwiedzać i zabierać od niego kolejne kilogramy moich książek. Zrobimy to bez zbędnych papierów, agencji celnej i certolenia się z urzędasami. Tak czy siak będę jeździć do niego w tą i z powrotem, czy to do Warszawy czy może gdzieś w Europie więc przynajmniej nie będę marnowała przebiegów.

Z takim planem, oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie przygotowała Mateuszowi spakowanych kartonów po 20kg na dwie kolejne podróże.  Nie mogłam pozostawić losowi/Mateuszowi kolejności w której moje książki do mnie dojadą. Nie ma takiej opcji!

Miesiąc życia w iluzji

Siedziałam prawie nadprogramowy miesiąc w Dubaju i przez ten czas wszystko zdawało się być zupełnie normalne. Zajęć miałam dużo, właściwie jak zawsze, może trochę inne niż zazwyczaj, ale miałam też jakby nieco więcej czasu na to wszystko, więc za bardzo tego nie odczułam.

Już od dawna, poza pracą – lataniem, dziergałam sobie mój mały biznes albo kończyłam studia więc zawsze miałam moc atrakcji i dodatkowych obowiązków. Dlatego gdy mijaliśmy się w lataniu, to żadne z nas się nie nudziło. Mateusz uczył się do egzaminów na kolejne etapy licencji a ja zgłębiałam tajniki ecommercu i online marketingu.

Dlatego w moim odczuciu ten dodatkowy miesiąc spędzony w Dubaju,  był miłym złudzeniem, że nic się nie zmieniło. Dawał mi podczucie, że wszystko jest po staremu, że życie toczy się dalej, a jedyne zmiany jakie zaszły wyszły na korzyść dla mojego biznesu. Przez ten miesiąc miałam czas żeby w 100% zając tym, czym zawsze chciałam się zająć. Mogłam dziergać sobie ten mój projekt na pełen etat. Miałam poczucie, że jest jak było, z tą tylko uroczą różnicą, że nie muszę już wychodzić i marnować cennego czasu w pracy, czyli latać to tu to tam i użerać się z pasażerami  A w rezultacie mogę wreszcie na poważnie i z całą moją mocą przerobową zająć się tym czym od dawna się zajmowałam dość dorywczo.

Od dawna praca stewardessy była dla mnie uciążliwym obowiązkiem. Intratnym interesem, ale jednak stresującym i upierdliwym. Gdy mnie zwolnili zaczęłam po prostu robić to co robiłam. Ten okres przejściowy, przed wyjazdem do Polski, sprawiał wrażenie jakby nic się nie zmieniło, jakbym nic nie straciła, jakby nic nie wywróciło się do góry nogami. Żyliśmy zupełnie normalnie jak przez ostatnie 6 lat. W tym czasie Mateusz latał jak zwykle, a ja mając jeszcze bilety do wykorzystania poleciałam z nim kilka razy. Dzień jak co dzień, z tą tylko różnicą że miałam czas na bloga, mój własny biznes i wszystkie inne sprawy.

Dlaczego nie zauważyłam różnicy?

Ja, głównie przez to, że kilka razy chorowałam trochę dłużej, to zupełnie nie odczułam różnicy. W trakcie tych 6 lat zdarzyło się kilka epizodów, podczas których Mateusz latał po świecie, a ja siedziałam w domu jak przykładna żona.

W gruncie rzeczy takie rozłąki to wcale nie jest takie złe rozwiązanie. Siedziałam sama, cisza, spokój. Nikt Ci głowy nie zawraca. Możesz skupić się na robocie. A jak mąż wraca to znów miodowy miesiąc. Układ prawie idealny.

Dla nas życie razem ale osobno to nie pierwszyzna. Nie ma co ukrywać, że owszem może i mieszkaliśmy razem, jednak prawda jest taka, że co miesiąc zaznaczaliśmy zakreślaczem w kalendarzu dni, które spędzaliśmy w domu razem i wierzcie mi, nie było ich jakoś bardzo dużo. A sytuacji, w których zdążyliśmy tylko spotkać się na kawę między swoimi lotami i to o różnych barbarzyńskich porach, to ja już chyba nawet nie zliczę.

Nadchodzący smok

Przez ten miesiąc bardzo aktywnie robiliśmy jeszcze jedną rzecz… odsuwaliśmy myśl o nadchodzących rewolucjach. Rozmawialiśmy o tym, ale nie za dużo i raczej dość ogólnie. Z wyboru odsuwaliśmy pakowanie i wszystko co było związane z moim wyjazdem, i to do ostatniej chwili. To był dla nas wielki smok, którego bardzo się baliśmy. Póki mogliśmy woleliśmy udawać, że go nie ma i cieszyć się tym co mamy, póki to mamy. Woleliśmy nie myśleć za dużo o tym co nas czeka.

Nadszedł jednak czas, gdy smok zaczął się zbliżać wielkimi krokami, a jego cień zaczął nam przysłaniać słońce. Liczyliśmy jednak na to, że nie taki diabeł straszny jak go malują, a każdy strach ma wielkie oczy – okazuje się, że sporo jest tych adekwatnych przysłów 😛

Tak czy siak, z perspektywy czasu widzę, że czekanie na coś, odwlekanie nieuchronnych wydarzeń, tylko potęguje strach i wszelkie negatywne uczucia. One wręcz rosną lawinowo.

Teraz z perspektywy ponad 10 dni w Polsce nie twierdzę, że jest łatwo i to z bardzo wielu przeróżnych powodów. Dużo łatwiej jest wyjechać niż wrócić. Wiem, też jednak, że byka trzeba brać szybko za rogi i nie ma co odwlekać. Strach nie zniknie, a im więcej damy mu czasu żeby urósł tym bardziej urośnie. I oby tylko nas nie przytłoczył i nie obezwładnił.

Ten miesiąc w Dubaju to był wspaniały czas. Cieszę się bardzo, że go mieliśmy. Nie mogliśmy lepiej go wykorzystać. Jednak nie zmienia to faktu, że było to urocze złudzenie, które gdybyśmy tylko mogli to przedłużalibyśmy je w nieskończoność.