Zwolnili mnie z pracy, a wszyscy mi gratulują?!

Od kilku tygodni przyjmuję zewsząd płynące gratulacje. I możecie mi wierzyć lub nie, ale dotyczą mojego zwolnienia z pracy.

Od początku zaczęło mnie to dość mocno zastanawiać. W naszej firmie, raczej nie trudno zostać zwolnionym więc nie sądzę, żeby właśnie tego mi gratulowali?! A więc czego?

Skąd w ogóle te gratulacje?

Wszyscy znajomi z pracy, bliżsi i dalsi, jak tylko dowiadują się o moim zwolnieniu to w pierwszej chwili są w szoku i upewniają się, że sobie z nich  nie żartuję. Rekordzistkę zapewniałam, że mówię zupełnie serio, przez ponad godzinę. Zupełnie nie chciała mi wierzyć.

Gdy już wszyscy wreszcie ochłoną od nadmiaru wrażeń i zaspokoją pierwszą ciekawość, to sypią się gratulację, a w sprzyjających okolicznościach nawet celebrujące to wydarzenie toasty.

Czego oni mi właściwie gratulują?

Długo się zastanawiałam dlaczego wszyscy mi gratulują i zazdroszczą, przecież mnie zwolnili z pracy. Nie odeszłam sama, nie miałam na tyle jaj. To oni ze mnie zrezygnowali, więc czego tu gratulować?

Trochę mi zajęło, zanim znalazłam na to odpowiedź.

Dużym dla mnie odkryciem było, gdy zdałam sobie sprawę, że ja też zawsze gratulowałam wszystkim odchodzącym z pracy. Jak tylko, ktoś na pokładzie przyznał się, że złożył wypowiedzenie to wszyscy mu gratulowali, czasem nawet bili brawo. Na jednym z lotów Mateusza, znalazła się dziewczyna, która była tak szczęśliwa, że to już jej ostatni lot, że uplotła sobie szarfę z napisem My last fligt i chodziła w niej calusieńki lot.

Jest jednak zasadnicza różnica między nimi a mną. I to chyba dość oczywista. Oni zrobili to świadomie, w  mniej lub bardziej, ale raczej przemyślany sposób. Zaplanowali to, zebrali się na odwagę i zrobili to. Podjęli decyzję i się jej trzymali. Ja nie. Ja nawet nie wiedziałam, że mój ostatni lot jest tym ostatnim.

Ja niestety nie dostąpiłam tych przyjemności związanych z celebrowaniem ostatniego lotu, ani satysfakcji ze złożenia wypowiedzenia. Nie dane mi było trzasnąć im papierem i powiedzieć: Walcie się. Mam dośćRezygnuję. Och, i tego chyba żałuję najbardziej w całej sytuacji.

Chciałam to zrobić za rok, bo mam jeszcze zobowiązania finansowe, plany i niespełnione ambicje, które ta praca mi sponsorowała. Ale jak znam życie, to z roku zrobiłyby się dwa, itd.  Apetyt bardzo rośnie w miarę jedzenia. Praca jest jaka jest, ale daje możliwości. Możliwości, z których ciężko dobrowolnie zrezygnować.

Gdy ja wszystkim gratulowałam, to głównie podziwiałam w nich determinację, tą odwagę, której mi brakowało. To, że byli wstanie podjąć tą decyzję, złożyć ten papier i powiedzieć dość. Dość zrobiłem, dość  zwiedziłem, dość zarobiłem. Dość. Wystarczy. Jednak apetyt rośnie w miarę jedzenia, a wtedy odejść od stołu to duże wyzwanie.

Ta praca, choć potrafi szybko wypalać, to równie szybko potrafi przywiązać do siebie. Do stylu życia, tanich biletów, całkiem niezłych zarobków i dużych możliwości. Niemniej jednak, nikt nie jest związany z firmą samą w sobie. Wszyscy traktują ją raczej jako środek, który ma nas przybliżyć do celu, jakikolwiek by on nie był. Wszyscy traktują ją raczej jak zło konieczne, ciemiężyciela, który ubił naszą pasję do podróżowania i miłość do ludzi.  A Dubaj, nawet jeśli szczerze nienawidzisz to miejsce, to uczysz się w nim funkcjonować, Oswajasz i przyzwyczajasz się do niego. Klnąc gdzieś na boku i  pod nosem na absurdy tego miasta.

Zdziwicie się, ale nie wiele osób, po tej firmie, chce w ogóle jeszcze dalej latać. Wszyscy szukają sposobu na ucieczkę, ale nie wielu robi to skutecznie. Nie wielu  znajduje taki sposób dla siebie.

A myślę, że jeszcze mniej ludzi ma odwagę po te sposoby w ogóle sięgnąć. Wielu jest świetnie przygotowanych na inne, nowe wyzwania. Pokończyli różne studia, kursy i szkolenia, ale brakuje im odwagi. Bardzo wielu jest też takich, którzy trwają w tym co ma, zupełnie nie zastanawiając się nad przyszłością.

Ja niestety należałam do tej grupy, która jest przygotowana na kolejny krok, ale nie ma odwagi go zrobić.  Jestem control- freakiem, lubię czuć, że nad wszystkim panuję, że wszystko mam zabezpieczone, zaplanowane. Nie mam problemu, żeby lepić na bieżąco i plany dostosowywać do potrzeb i sytuacji, ale najczęściej zawsze wiem co będzie jutro, za tydzień i w przyszłym miesiącu.

A przynajmniej do tej pory zawsze wiedziałam. Teraz jest z tym krucho i  wiem bardzo nie wiele.

Na szczęście zawsze lubię też mieć w podorędziu jakiś plan B, i okazuje się, że dobrze na tym wyszłam. Teraz wprowadzam mój plan B w życie. Przygotowywałam się do niego od lat. Jednak, nie ma co ukrywać, nie tak chciałam go wprowadzać. Miałam nadzieję robić to w zupełnie innych okolicznościach. No cóż, zupełnie nie tak to miało wyglądać.

 

Dlaczego więc mi też gratulują?

Z wieloma osobami rozmawiałam na temat mojego zwolnienia. Wszyscy, bez wyjątków pytali co teraz i jakie plany na przyszłość. Wszyscy też z zazdrością w oczach, a czasem wręcz podziwem, patrzyli na mnie jak opowiadałam im, że nie ma na co czekać i mój plan B jest już intensywnie wprowadzany w życie.  Po tych rozmowach wydaje mi się, że właśnie dlatego mi gratulują. Dlatego, że nie leże i nie pachnę czekając na mannę z nieba, że nie użalam się nad swoim losem, ale idę dalej, że nie walczę z firma na noże o przywrócenie do pracy, której nie lubię, tylko po to, żeby desperacko zachować status quo.

Ja czuję, że odzyskałam wolności, że wreszcie ten wiatr wieje też w moje skrzydła, a nie tylko samolotu, którym właśnie lecę. Czuję się  wreszcie kapitanem mojego własnego samolotu, czuję, że wreszcie to ja przejęłam stery. Jestem znów kowalem własnego losu. I sądzę, że tego właśnie mi gratulują. – tej odzyskanej wolności.

freedom-1886402_1920