Dlaczego właściwie wywalili mnie z pracy?

To pytanie, które od kilku tygodni zadają mi właściwie wszyscy. A ja trochę nie za bardzo lubię  na nie odpowiadać.

Dlaczego?

No bo co ja właściwie mam powiedzieć?

Zwolnili mnie

  • bo nie jestem superbohaterką,
  • bo nie jestem maszyną,
  • bo mi się zdrowie sypnęło, i takich ludzi już nie potrzebują,
  • bo w tabelkach produktywności moje wyniki spadły, więc jako pracownik przestałam się opłacać firmie,
  • bo jestem tylko człowiekiem,
  • bo wykończyli mnie i moje zdrowie i teraz się pozbywają,
  • bo nastąpił szereg bardzo niefortunnych zdarzeń, na które nie miałam wpływu.

Wszystkie te odpowiedzi są prawdziwe, ale ja bardzo nie chciałabym dramatyzować. Bardzo nie chciałabym zgrywać tu ofiary, choć w sumie mogłabym. Nie chcę też robić z nich demona i nieczułą na ludzi wielką machinę, w której byłam tylko trybikiem, choć właściwie dokładnie tak było. Nie oszukujmy się, tak działają wszystkie korporacje. Widziały gały co brały.

No dobra, właściwie to nie widziały. To była moja pierwsza praca w Mordorze. I mam nadzieję, że ostatnia.

Ale ja nie o korpo dzisiaj.

Jakie miałam podstawy, żeby w ogóle wierzyć, że może jednak nie wyrzuca mnie z pracy?

Moja ocena sytuacji, szczególnie jeśli chodzi o analizę kadrowo – finansową tej firmy bazowała na najbardziej rzetelnych źródłach informacji jakie mogę sobie wyobrazić, czyli 1. plotkach i ploteczkach, 2. własnej, jakże fachowej ocenie, a po 3 i najważniejsze, na konsultacjach z – równie biegłymi i doświadczonymi w takich analizach – kolegami z pracy.

Wspólnymi siłami doszliśmy do kilku podstawowych rewelacyjnych wniosków i jakże słusznych i niepodważalnych.

  1. Nie mogą mnie zwolnić bo bardzo potrzebują ludzi do pracy.
  2. Może i na 3 lata nie przedłużą mi kontraktu, ale na rok to na pewno, przecież: patrz punkt 1.
  3. Rok to muszą mi dać, przecież nie mogą po tylu latach tak po prostu kazać mi się ze wszystkim spakować. Muszą dać mi czas na pozamykanie swoich spraw. Skoro muszą to dali – 1 miesiąc.
  4. Potrzebują doświadczonych ludzi do pracy, a ja przecież, po 6 latach jestem dokładnie takim pracownikiem.
  5. Całą moją serię niefortunnych zdarzeń raportowałam mojej menadżerce i ona świetnie wie, że problem został rozwiązany.
  6. W kwietniu miałam tzw. Rezerwę, czym jest rezerwa wyjaśniałam tu. Przez te kilka tygodni, na własnej skórze poczułam, jak duże mają problemy kadrowe i jak muszą się nagimnastykować żeby posklejać grafiki. Praktycznie cały miesiąc wyglądałam mniej więcej tak:

0c44ce81bc2b9ae46d58c4e955e54855

 

A i tak, z tego co słyszałam, to dla mnie byli nawet dość łaskawi.

6 jakże solidnych argumentów, 6 bardzo solidnych podstaw, żebym poszła na spotkanie przekonana, że dostanę kontrakt na rok, 6 złudzeń, którymi mnie karmiono, i którymi bardzo chciałam być karmiona.

Jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało, że te 6 argumentów jest totalnie wyssanych z palca. One wszystkie tak wiarygodnie brzmiały. Tak logicznie i  racjonalnie. 

Dlaczego w takim razie jednak mnie zwolnili?

Oficjalnie to oczywiście, nikt mi nic nie powiedział, ale ja swoje wiem, a właściwie podejrzewam.

Moje źródła znów mam bardzo rzetelne, podobnie jak powyżej.

Tym razem jednak analiza sytuacji na wszystkich szczeblach doprowadziła mnie do jednej tylko konkluzji. Otóż, zabrzmi to niestety bardzo zwyczajnie i banalnie, ale… najprawdopodobniej,  według firmy, po prostu i zwyczajnie za dużo chorowałam.

Fajnie byłoby napisać, że zwolnili mnie bo chlusnęłam pasażerowi kieliszkiem czerwonego wina w twarz. Dlaczego koniecznie czerwonego? – Bo zostawia gorsze plamy, bardziej dramatyczny efekt.

Fajnie byłoby napisać, że zwolnili mnie bo w końcu nie wytrzymałam i odwinęłam się z liścia jakiemuś Panu. Ile razy ja o tym marzyłam!

1c72b61cd764e83641a5dfd3176fd773

Fajnie byłoby napisać, że zwolnili mnie bo wreszcie powiedziałam niektórym ludziom co myślę. – Kolejne moje niespełnione marzenie.

Fajnie byłoby napisać, że zwolnili mnie bo zaszalałam i urządziliśmy sobie wyścigi w workach przez kabinę. (Historia prawdziwa, choć nie moja)

Fajnie byłoby napisać, że zwolnili mnie bo zlewałam zużytego szampana do butelki.

Super byłoby mieć jedną z takich historii, ale niestety. Rzeczywistość jest jednak, szara, bura i ponura. Zwolnili mnie bo mój organizm zaczął się buntować. Bo nie jestem superbohaterką, jak na zdjęciu, która zawsze jest gotowa z uśmiechem stawiać się na lot, pełna siły i energii. Bo jestem tylko człowiekiem, który musi spać, jeść i choruje.’

Owszem, może ostatnio chorowałam częściej niż ustawa przewiduje, ale to nie moja wina, że tak trudno czasem postawić słuszną diagnozę.

To nie moja wina, że dwa miesiące zajęło lekarzom zdiagnozowanie, iż mój ząb wystarczy przeleczyć kanałowo. To nie moja wina, że dokładnie rok później lekarze nie znaleźli przyczyny moich problemów, że potrafili tylko leczyć objawy.

To nie moja wina, że nawet jak coś mi wpadnie do oka to razem z zakażeniem i wyglądam potem tak:

quasimodo

Ja naprawdę nie jestem masochistką i nie robię sobie kuku dla frajdy. Choć chwilami Matusz nie do  końca mi wierzy.

To wszystko niby nie moja wina, ale firma widzi to inaczej.

Z drugiej strony trudno im się dziwić. Zużyłam się. Wymieniają na nowszy model. Ich tabelki zysków i strat przestały się równoważyć, więc skorzystali z okazji i pozbyli się balastu. A może w swoich sumieniach uważają, że robią mi przysługę, że dbają o moje zdrowie.

Yyy, no nie, tu już chyba trochę popłynęłam z tematem. Oni nie mają sumienia, oni raczej nie znają tego słowa, nie mówiąc już o jego funkcjach.

Nie ma co ukrywać, że latanie w kabinie z pasażerami, to praca fizyczna. Wymagająca i często stresująca. Ten zawód, potrafi doprowadzić Twój organizm na skraj fizycznego wyczerpania. A to nie pozostaje bez śladów. Przed wyjazdem do Dubaju byłam okazem zdrowia. W szkole praktycznie nie chorowałam. Wszystko się jednak zmieniło gdy zaczęłam latać. Teraz wracam i mam wielką nadzieję, że wszystko znów wróci do normy.

Po wielu miesiącach prób i błędów, udało mi się wreszcie zdiagnozować moje problemy zdrowotne. A co za tym idzie, wiem wreszcie jak zapobiegać, a nie tylko leczyć objawy. Z dumą i jako wielkie zwycięstwo zakomunikowałam to mojej menadżerce. Jak widać nie zrobiło to na niej wrażenia.

Wszyscy dają mi rok, żeby moje zdrowie wróciło do poprzedniego stanu.  Ale to znów są bardzo profesjonalne diagnozy. Nie mniej jednak mam nadzieję, że się sprawdzą.

Jak zamierzam tego dokonać? Jaki zastosuję lek?

Najlepszy z najlepszych, czyli po prostu i zwyczajnie – sen. Ba, powiem więcej, sen w nocy, co noc i przez całą noc.

Nikt, kto nie przepracował chociaż tygodnia na nocnej zmienia nie zrozumie. Może próbować, może mówić, że rozumie, ale nie rozumie. Wierzcie mi nie rozumie. Chyba, że ma małe dzieci. To ewentualnie, podobmo się kwalifikuje. Nie  mam jeszcze swoich więc nie mogę tego w żaden sposób potwierdzić.

No dobra, nie każdej nocy da się ten mój cudowny lek zastosować. Na przykład dziś się nie udało. Piszę te słowa w samolocie do Melbourne. A noc w samolocie, nawet jeśli prześpisz kilka godzin to się jednak niestety raczej się nie liczy.

A właśnie, ktoś ma dla nas jakieś porady  na Melbourne? Gdzie zjeść, co zobaczyć?