Jak minął mi pierwszy dzień reszty mojego życia?

To już. Game over. Wydarzyło się. Otwieram zupełnie nowy rozdział w życiu.

W niedzielę już na amen, już najbardziej oficjalnie jak się tylko da – rozstałam się z moją firmą. Tym samym mam już na papierze, że przestałam być: stewardessą, cabin crew, personelem pokładowym, kelnerką, gosposią, babcią klozetową, kucharką, opiekunką do dzieci, pielęgniarka, sanitariuszką, superbohaterką, sprzątaczką, wiecznie uśmiechającym się robotem, śmieciarzem, barmanką, magikiem, cudotwórca, chodzącym zegarkiem, mapą świata, gps’em, poradnikiem turystycznym, serwisantem telefonów, instrukcją obsługi telewizorów,  obiektem do wyładowywania frustracji, tragarzem, mediatorem, strażakiem  i stałam się uff…. zwykłym śmiertelnikiem.

Ostatnie tygodnie były dla mnie dość aktywne. Na samym początku zaczęłam od rozkminiania i szukania odpowiedzi na pytanie i co teraz? A jak już wydawało mi się, że mam jakiś koncept, to wpadłam w wir formalności związanych z wyjazdem.

Na razie wyjeżdżam sama i na szczęście! Gdybyśmy nagle oboje mieli się stąd zwijać to chyba bym sobie w łeb strzeliła od natłoku wrażeń i atrakcji.

Koniec pracy to formalności związane z firmą, czyli mundury, służbowe dokumenty itd ale także finanse i wizy. Musiałam zdać wszystko po kolei.

I wczoraj wreszcie nastał ten dzień mój LDS, (tu nie jest napisane LSD, tylko L D S ), czyli mój Last day of servise. Od wczoraj straciłam wszystkie przywileje pracownicze. Pokasowali mi wszystkie wizy i przepustki. Miesiąc życia w takim złudzeniu, że jeszcze pracuje, ale właściwie już nie. I wreszcie stało się. Klamka zapadła.

TEN Poniedziałek, to był pierwszy dzień reszty mojego życia.

Jak go spędziłam?

Teoretycznie – realizując mój plan B na życie, czyli budując mój biznes online.

A w praktyce?

Siedząc przy telefonie i podskakując na jego każde, nawet najmniejsze, westchnienie. Czekała na wieści od Mateusza, który w Warszawie przystępował właśnie do swoich pierwszych egzaminów do licencji komercyjnej. Jestem cała w stresie jakbym to co najmniej ja pisała te egzaminy.

Oczywiście wierze w niego bezgranicznie, wiem też jak dobrze przygotowany pojechał, ale… to jakoś nie pomaga. Chciałabym tam z nim być, ale niestety. Bez paszportu nie mogłam się ruszyć z kraju. Anulowanie moich wiz wymagało niestety rozstania się z tym dokumentem na kilka dni. I traf chciał, że akurat nałożyło się to z Mateusza wyjazdem do Polski. Życie! A może to i lepiej. Ma chłopak święty spokój.

Nie mniej jednak tymi egzaminami rozpoczyna okres w życiu który z pewnością będzie wspominał jako: przegrzewający się dysk i parująca czachę, rok wycięty z życiorysu, itp. Matura i sesje na studiach przy tym to pikuś. Banał i przyjemna rozrywka dla rozumu, takie łaskotanie go wiedzą, podczas gdy tu dochodzi do wwiercania się na żywca. Każdy pilot Wam to powie. Każda żona pilota Wam to powie. A dzieci pilotów… no cóż, one nic Wam nie powiedzą bo w tym okresie nie mają ojca. My na szczęście nie mamy jeszcze dzieci, także niczyjego ojcostwa nie musimy zawieszać.

Jeśli wydaje Wam się, że do takich egzaminów uczysz się inaczej, bo to przecież ta sama praktyczna wiedza, że wszystko będzie wykorzystywał w praktyce itd, to muszę Was rozczarować.

Co chwilę słyszę…. Ku… po co mi to? przecież nigdy nie będzie mi to do niczego potrzebne. Potem najczęściej pada potok słów, w których rozumiem tylko, kur…, i, albo, gdy, jeśli, , podczas gdy, jak, o ile,  itp. Oczywiście robię co mogę, żeby nie dać tego po sobie poznać, ale Mateusz nie ma złudzeń. Maturę z matmy to ja może i zdałam, a nawet rozszerzoną ale od 10 lat żadnego tangensa nie widziałam i dobrze mi z tym.

On się uczy, a ja dokonałam największego odkrycia w moim życiu

Podczas jego nauki, moim osobistym największym życiowym odkryciem  jest fakt, że są na świecie zawody, mało związane z politechniką, w których na prawdę potrzebne i przydatne są sinusy i cosinusy.  Nie mówiąc już o czopkach i pręcikach w gałce ocznej, (lekarze się nie liczą, oni są poza kategorią) czy wzorze na długość fali i innych takich atrakcjach.

Do tej pory jedyne, praktyczne, wykorzystanie sinusów i cosinusów, jakie mój mały rozumek był wstanie wydedukować to zobrazowanie moich huśtawek nastroju i burzy hormonów. Właściwie, to dalej tak jest, teraz jednak mam w domu męża, który się ze mną nie zgadza. Podobno tangensy i cotangensy też są przydatne. (WTF?!)

Nowy rozdział w życiu

Oboje zaczęliśmy wczoraj ciekawy okres w naszym życiu, każde z nas idzie w swoją stronę, dość niezależną i odmienną. Oboje skupiamy się teraz w dużej mierze na rozwijaniu naszych pasji i pomysłów na siebie. Właściwie to na zmonetyzowaniu tych  pasji i pomysłów, ale to jakoś tak brutalnie brzmi.

Najbliższy rok zapowiada się razem, ale jednak dość osobno. A to wszystko tylko po to, żebyśmy mogli już dalej pójść razem i na pełnej petardzie. Czasami trzeba zrobić krok w tył, żeby wziąć rozbieg. Wierze w to i teraz nawet bardziej. Wprawdzie wciąż mamy więcej niewiadomych i pytań, niż jakichkolwiek odpowiedzi, ale nie takie rzeczy ogarnialiśmy. Nie ma co dramatyzować. Przecież:

  1. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.
  2. Każdy koniec jest też początkiem.

Pewnie, że miało być inaczej, miałam być z nim w Dubaju, dalej latać i go wspierać w nauce, ale wydarzyło się inaczej więc trzeba lepić na bieżąco.

Lepić na bieżąco to ostatnio nasze ulubione określenie.