Doigrałam się. Zwolnili mnie z pracy

Znacie to uczucie, gdy wydaje Ci się, że wreszcie się wszystko układa, że teraz już na pewno będzie z górki, że wreszcie wyszliście na prostą, ogarnęliście się i już teraz może być tylko dobrze?

Nie? Nie znacie?

Ech, no właściwie ja też nie. Ale trzeba przyznać, że ładnie brzmi. Kusząco.

Ostatnio nawet przez chwilę wydawało mi się, że już jestem na tropie, że właściwie już to prawie mam, że już chyba czuje powiew tego spokoju, tej ulgi i luzu… ale… no cóż to była jednak tylko cisza przed burzą. I to nie byle jaką burzą.

Chciałam znaleźć jakąś ładną metaforę dla tego co się wydarzyło. Miałam pomysł, żeby ubrać to jakoś ładnie w słowa, jakieś takie eleganckie i patetyczne, ale jak można elegancko opisać fakt, że zwyczajnie wywalili mnie z pracy? Moje umiejętności lingwistyczne niestety nie podołały temu wyzwaniu. Korciło mnie w ogóle, żeby napisać wypier…, ale jestem damą i ćwiczę silną wolną.

Nie przeczę, że złość, frustracja, poczucie niesprawiedliwości i różne inne jakże motywujące i pozytywne emocje, trochę tłumią moje szare komórki, ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz.

Prawda jest jednak dość brutalna.

Nie będę za bardzo owijać w bawełnę. Właściwie już nie jestem stewardessą. Mogłabym pewnie nic nie mówić i opowiadać Wam historie z pokładu i to jeszcze przez parę miesięcy. Możliwe, że nawet nikt by się nie zorientował w sytuacji, ale to ja czułabym się źle, jak oszust. Nie mniej jednak przez te 6 lat sporo się wydarzyło i nie wszystko znalazło się jeszcze na blogu. Dlatego też bloga nie zamykam. Ostatecznie żoną pilota dalej jestem, o Dubaju też jeszcze wszystkiego Wam nie powiedziałam. Pisać też dalej lubię, a teraz będę może nawet miała na to więcej czasu.

Co się właściwie wydarzyło?

10tego maja moja menadżerka wreszcie znalazła dla mnie chwile i w końcu zaprosiła mnie na spotkanie w sprawie przedłużenia mojego kontraktu. Męczyłam ją o to spotkanie (i jakiekolwiek informacje) właściwie od marca. Przez cały ten czas zbywała mnie tekstami, że jeszcze nie ma decyzji, że jeszcze nic nie wie. Im dłużej to trwało tym bardziej ja miałam złe przeczucia.

Na spotkaniu bez zbędnych wstępów oznajmiła mi, że mnie wyrzucają. A dokładniej, że mój kontrakt nie zostanie przedłużony. Tak to określili, może i elegancko brzmi, ale jak dla mnie to różnica jest bardzo subtelna. Oficjalnie właściwie jestem jeszcze pracownikiem firmy, ale tylko do niedzieli. W niedzielę odzyskam już 100%-tową wolność.

I co dalej?

Zastanawiam się nad tym od 10 maja. O ile odpowiedź na pytanie co? przyszła całkiem sprawnie, tak odpowiedz na pytanie jak? już niestety nie.

Mieszkam w kraju, w którym jeśli nie pracujesz, albo nie jesteś turystą, to nie za bardzo masz tutaj rację bytu. Wizę szybciutko Ci anulują, jak tylko skończy się okres wypowiedzenia, o ile w ogóle taki Ci przysługuje i masz 30 dni na opuszczenie kraju. Dla mnie odliczanie zaczyna się w niedzielę.

Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo cenię sobie teraz moją Polską krew i naszą narodową zdolność do kombinowania. Tylko dzięki niej jeszcze nie rzuciłam wszystkiego i nie uciekłam stąd z krzykiem.

Zanim jednak ja i moje 200kg książek udamy się w naszą ostatnią podróż (właściwie ostatnią tylko dla książek, ja tu jeszcze na pewno wrócę), to zamierzam od firmy wyegzekwować co moje. Nic im nie odpuszczę! – to chyba też świadczy o mojej polskiej krwi, czy mi się wydaje?

Tak się składa, że firma wisi mi jeszcze dwa bilety a ja nie zamierzam z nich zrezygnować. W rezultacie, pomiędzy formalnościami związanymi z moim wyjazdem trafi nam się też chwila przyjemności i wytchnienia. Lecimy razem do Melbourne i Seulu.

Dlaczego akurat tam?

Bo Mateusz ciągle jeszcze pracuje. Jego kontrakt przedłużyli bez ceregieli od razu na kolejne 3 lata. A skoro on normalnie pracuje, podczas gdy ja mam ochotę podciąć sobie żyły walcząc z lokalną biurokracją, to lecę z nim gdzie się da. A właściwie gdzie ma najdłuższe pobyty. Byle tylko wyrwać się z klatki jaką jest Dubaj w Ramadanie. W sumie wyszło nie najgorzej. W Seulu nigdy nie byłam. On też dostał go teraz pierwszy raz, a Melbourne to przynajmniej Australia, a Australia zawsze spoko.

No dobra, ale co w końcu dalej?

Dalej nie wiem. Zawiozę książki do rodziców i zobaczymy. Jedno jest pewne, będę teraz miała więcej czasu na blogowanie.