Czy często latamy razem?

Czy często latamy razem… jest to chyba jedno z najczęściej zadawanych nam pytań.

Zadają je zarówno znajomi, rodzina, pasażerowie, jak i (co jest chyba najgorsze) koledzy z pracy.

Dlaczego załoga w ogóle o to pyta?

Codziennie latamy w zupełnie innym składzie, a że jest nas jakieś 20 tysięcy to kombinacji jest cała masa. W rezultacie rzadko latamy z osobami, które znamy. Przy tej zmienności ludzi i twarzy nie sposób nawet zbyt wielu zapamiętać. Powoduje to, że właściwie rozmawiamy ciągle na te same tematy. (Jakie? Oj to jest temat na całego osobnego posta. Niedługo na pewno Wam o tym napisze.)

Okazuje się, że nie umiem ukryć faktu, że jestem mężatką. Nie żebym w ogóle próbowała, ale okazuje się, że obrączka na palcu niektórym bardzo rzuca się w oczy. I dlatego gdy w końcu przyjdzie mi się przyznać oficjalnie, to ta informacja wywołuje lawinę  pytań i to zawsze tych samych. Zwykle czuję się wtedy jak na przesłuchaniu.

Na pierwszy ogień muszę przyznać, że mój mąż też jest w Dubaju, a ogóle to też lata w naszej linii i to na takiej i takiej pozycji. Mam przygotowaną formułkę i najczęściej już wyprzedzam mojego rozmówcę, zanim zdąży zadać mi te oczywiste pytania.

W dalszej kolejności tego typu rozmowy idą już w różnych kierunkach, zależy co kogo interesuje. Jednym z nich jest właśnie kwestia wspólnych lotów.

DCIM100GOPROG0172048.

Petronas Towers w Kuala Lumpur

Co im zawsze odpowiadam?

Prawdziwą historię, która niestety, ale burzy światopogląd wielu osób.

Otóż prawda jest taka, że mimo naszych prób i starań to rzadko latamy razem.

Szanse, że taki wspólny lot spadnie nam z nieba są raczej znikome, ale oczywiście nie niemożliwe. Raz nam się nawet udało. Sami nie mogliśmy w to uwierzyć. Polecieliśmy wtedy razem do Aten.

Jeden wspólny lot przez prawie 6 lat nas nie satysfakcjonuje, dlatego staramy się pomagać losowi. Nie mamy zbyt wielu możliwości, więc wyników też nie mamy jakiś powalających. Taki trudny do zdobycia owoc, smakuje potem dużo lepiej.

Jaki mamy sposób na wspólne latanie?

Właściwie dla nas jedynym realnym sposobem, żeby operować razem lot, jest zamienić się z kimś. Jednak raptem kilka razy nam się to udało.

Dlaczego?

Aby taka zamianka była możliwa nasze grafiki muszą spełniać masę rożnych warunków, ale nie to jest w tym najtrudniejsze. Najtrudniejsze jest przekonać drugą osobę, zupełnie mi nieznajomą, aby z własnej woli zechciała wziąć mój lot i oddać swój.

No cóż, rzeczywistość jest dość brutalna. Taka zamiana często graniczy z cudem.  Mamy wprawdzie jedną całkiem dobrą metodę na naszych kolegów, ale nawet ona czasami zawodzi.

 

Jaka to metoda?

Banalna, po prostu oddajemy lepszy lot i próbujemy zgarnąć gorszy. Jest wiele takich lotów, które są ogólnie uznawane za fajne, łatwe i dobre. Kryteria są bardzo różne np. ilość wylatanych godzin, miejsce, profil pasażerów, wysokość naszej diety na miejscu itd. Ale… wartości, którymi kieruje się załoga są dla mnie czasami nie do pojęcia więc tym samym kryteria oceny, są bardzo umowne i nie zawsze zbieżne dla różnych osób.

W takich sytuacjach wiele osób posiłkuje się pisaniem do kolegów wiadomości, w których opisują ckliwe historie. My jednak wyrośliśmy z tego. Kiedyś zdarzało mi się  pisać, że bardzo chciałabym polecieć z mężem, że mało się widujemy itd, ale to na ludziach nie robi wrażenia. A zaskakująco często próbują wykorzystać sytuację i wyciągnąć kasę za zgodę na taka zamianę. Ja mam jedną żelazną zasadę, sama kasy nigdy bym nie wzięła, więc płacić też nie zamierzam.

 

Święta jednak nie jestem

Nie będę Wam ściemniać. Sama święta nie jestem. Jak dostaję jakąkolwiek ofertę zamiany, to jeśli towarzyszy jej ckliwa historia, raczej nawet uważnie jej nie czytam. Klepnięcie jakiekolwiek zamiany rozważam zupełnie pod siebie. Analizuję to pod kątem moich korzyści i ewentualnych planów. Prawda jest taka, że bardzo łatwo jest odmówić komuś, kogo praktycznie nie znasz, do kogo nie masz żadnego emocjonalnego stosunku, kto jest dla Ciebie tylko numerkiem. Nie masz wtedy praktycznie żadnych konsekwencji. Nawet jeśli kiedyś później spotkacie się na wspólnym locie, to nikt nie pamięta, że to akurat ty kiedyś odmówiłeś jakiejś zamiany. Nie ma co ukrywać, że taka anonimowość i brak relacji kreuje znieczulice.

To jak w końcu z tym wspólnym lataniem?

Do niedawna mieliśmy dwie główne kategorie wspólnych lotów:

  1. Oboje operujemy lot – najlepsza, ale i najtrudniejsza opcja.
  2. Jedno z nas operuje, drugie leci jako pasażer – możliwe dzięki naszym zniżkom na bilety, ale warunkiem jest niskie obłożnie danego lotu, i to w obie strony.

W tym roku pojawiła się nowa kategoria:

3. Każde z nas operuje inny lot i spotykamy się na miejscu.

Udało nam się to w  Nowy Rok. Spotkaliśmy się w Singapurze. Pisałam o tym wtedy tu i tu   Na niewielu naszych połączeniach ta opcja jest w ogóle możliwa. Warunkiem jest tu spora liczba dziennych lotów w tym kierunku,  a takich lotów nie ma dużo.

20180102_135134.jpg

Singapur

Jest jednak taki jeden lot…

Jest jednak jeden taki lot, który ciężko przypisać do jakiekolwiek kategorii. Numer, który wtedy odwaliliśmy był jedyny w swoim rodzaju.

Ja operowałam lot do Dallas w USA, miałam tam spędzić 48h. W bardzo zbliżonym czasie, bo raptem kilka godzin później, Mateusz operował lot do Houston. Nie wiem na ile znacie mapę Stanów Zjednoczonych, ale oba te miasta leżą w Teksasie. A dokładniej 3 godziny drogi samochodem, w jedną stronę. Mieliśmy być tak blisko siebie, a jednocześnie tak daleko. Wzięliśmy więc los w swoje ręce.

Mateusz wynajął samochód. Przespał się kilka godzin i w nocy ruszył w trasę do mnie do Dallas. Jedna z niewielu sytuacji, w których jet lag okazał się sprzymierzeńcem. Nad ranem dojechał do mojego hotelu. Spędziliśmy razem rewelacyjny i bardzo aktywny dzień. Następnego dnia po śniadaniu Mateusz ruszył w drogę powrotną do Houston. To jest jedna z tych historii, które na pewno będziemy wnukom opowiadać.

DCIM100GOPROGOPR0995.

Seszele

To gdzie właściwie byliśmy razem?

Przez te 6 lat zebrało się kilka, a nawet kilkanaście miejsc, które udało nam się razem zwiedzić.

Pierwszy był Kapsztad i wtedy też pierwszy raz udało nam się operować razem lot. Potem jeszcze udało nam się to zrobić z Seszelami, Seattle, Singapurem, oraz wspomnianymi już wcześniej Atenami. Jednak wisienką na szycie wielopoziomowego tortu był nasz ostatni  lot do Brisbane w Australii i dalej do Auckland w Nowej Zelandii. Długo czekaliśmy na tak długi, wspólny lot.

W ramach podróży, podczas których jedno z nas pracuje, a drugie leci jako pasażer mamy dużo lepsze osiągnięcia. Tak zwiedziliśmy Pragę, Kuala Lumpur, Frankfurt, Nowy York (pisałam o tym tu, tu i jeszcze tu,) Mediolan, Dżakartę, Bangkok i to nawet 2 razy, Tajwan (pisałam o tym tu i tu ) Hamburg, Wiedeń i Budapeszt.

Co sądzicie? Chyba całkiem niezły wynik?

DSC_0525

Praga