Po prostu codzienne życie stewardessy

Dopiero co z przytupem świętowaliśmy Nowy Rok, a już mamy marzec.

Tak planowałam zacząć tego posta, jak zaczęłam go pisać… w marcu, a mamy już kwiecień. Kolejny miesiąc przeleciał a ja nie wiem jak i kiedy.

No dobra, właściwie to wiem kiedy i podejrzewam jak. Sporo się wydarzyło w tym czasie, i dlatego zamierzam Wam właśnie o tym opowiedzieć.

Ale od początku…

Luty to zawsze dość krótki miesiąc, ale w tym roku to już przesadził. Przeleciał, a ja nawet się nie zorientowałam kiedy.  Im więcej i ciaśniej masz wszystko zaplanowane, tym Twój czas szybciej leci. Banał, wiem o tym, ale tak właśnie wyglądała moja lutowa rzeczywistość.  Wszystko idealnie się poukładało i pospinało. Efekt, był tego taki, że nawet nie zauważyłam kiedy był już marzec.

Maraton zaczął się już pod koniec stycznia, gdy przyjechali do nas rodzice Mateusza. Przyjechali pierwszy raz od bardzo dawna więc chcieliśmy im poświęcić trochę czasu. Udało nam się, ale nie było to łatwe. Poza gośćmi i lataniem, musiałam jeszcze pisać swoją pracę dyplomową.

W lutym miałam ją oddać i obronić, a pod koniec stycznia wciąż byłam ze wszystkim w czarnej d… . Wprawdzie to tylko praca dyplomowa, a nie magisterska, czy doktorat, ale nie chciałam odwalać fuszerki.

Jakby już z tym wszystkim było mało atrakcji, to jeszcze udało mi się wreszcie dostać Zagrzeb.

Co w tym takiego specjalnego?

Poza tym, że ciężko dostać ten lot, nawet zimą. To niby nic, ale…

Od września, czyli do początku roku akademickiego, moja siostra mieszka w Chorwacji. Wyjechała na cały rok na studia z  programu Erasmus.

Nie trudno się domyślić, że przy takim rozrzucie geograficznym, raczej nie mamy teraz zbyt wielu okazji, żeby się spotkać. Wprawdzie nie studiuje w samym Zagrzebiu, ale w tej sytuacji perspektywa się zmienia, a 3 godziny autobusem do  Zagrzebia okazują się rzutem beretem.

Dostałam w lutym aż dwa loty do Zagrzebia. Pierwszy dawał mi  48 godzin pobytu (co jak na nasze realia jest bardzo długo) i drugi na tradycyjne 24h.  Rewelacja, tylko, żebym mogła spędzić tam czas na plotkach z siostrą, a nie musiała pisać dalej mojej pracy dyplomowej, pisałam ją w każdej innej wolnej chwili.

W między czasie się jeszcze pochorowałam. Siostrzyczka  sprzedała mi przeziębienie, a ja jako wierna żona podzieliłam się z mężem. I nie ma co ukrywać, że mój Mateusz w kwestiach męskiego chorowania, zupełnie nie odbiega od stereotypów. O ile ja chorowałam przez 3 dni, tak on walczył o życie przez ponad tydzień. Fakt, dużo bardziej go rozłożyło niż mnie, dorobił się barotraumy itd, ale dramat jaki do tego dorobił… no cóż, iście w męskim stylu.

Mateusz chorował, a ja za wszelką cenę usiłowałam doprowadzić do obrony mojej pracy dyplomowej i do ukończeniu moich studiów. Po drodze oczywiście wszystko co mogło pójść nie tak to poszło. Łącznie z kurierem, który tylko przez Warszawę jechał dwa dni i z tym, że niektórych wykładowców musiałam ścigać przez social media. Na szczęście się udało.

Na samą obronę nie dostałam urlopu. Udało mi się jednak wyszarpnąć 3 dni wolnego, coś w stylu wolnego weekendu. W praktyce, wyglądało to tak, że wpadłam w piątek do Warszawy, z przygodami oczywiście, bo jak inaczej.  Przenocowałam jedną noc, żeby w miarę przytomna wejść na obronę. A potem prosto z uczelni z powrotem na lotnisko. W niedziele rano byłam znów w Dubaju. W sumie spędziłam w Warszawie nie całe 24h, ale warto było. Obroniłam się na 5tkę.

Wisienka na szczycie wielopoziomowego tortu

Luty miał jednak niesamowita puentę. Spieszyłam się z obrony do domu bo czekała na mnie podróż życia. Podróż, na którą czekaliśmy z Mateuszem prawie 6 lat.  Mieliśmy razem operować długi lot, tzw multisektor. W rezultacie wyjechaliśmy razem na cały tydzień i jeszcze każdemu z nas, za to zapłacili. Podczas tego tygodnia spędziliśmy 2 dni w Brisbane w Australii  i 1 dzień w Nowej Zelandii. Od dawna marzył nam się taki długi wspólny lot.

29995686_1712910188747887_905489160_o

Marzec zastał nas w Auckland.

A zaraz po powrocie z wymarzonego wspólnego lotu, Mateusz miał kilka dni wolnego więc poleciał do Warszawy wyrabiać nalot jako pilot. Tutaj też nie obyło się bez przygody. Przygody, której z pewnością nigdy nie zapomni i którą oboje żyjemy do tej pory.

Co się wydarzyło?

Życie pilota, ani życie z pilotem nie zawsze polega tylko na podziwianiu widoków. Czasami kończy się w polu. Zwłaszcza, jak przegrzewa się silnik w samolocie.

Tak, tak, było bardzo gorąco, ale na szczęście wszystko skończyło się na pełnych majtach strachu, dużej dawce adrenaliny  i zwiedzaniu Borzecina Dużego. Było też dosłownie 5 min sławy w tvn24. Niestety nie podali nazwiska pilota więc nie mogę powiedzieć, że mam męża celebrytę.  Chociaż w Borzęcinie pewnie wszyscy go już znają.

Teraz, miesiąc później już się z tego śmiejemy, ale wtedy…  wcale nie było za wesoło.

Co jeszcze w marcu?

Pierwsza połowa marca przeleciała mi na pracy i odreagowywaniu po ostatnich przygodach. Wszystko jednak płynnie przeszło w przygotowania, do drugiej części miesiąca, którą natomiast zdominowali kolejni goście. W pracy oboje nie mieliśmy wolnego więc między własnymi lotami oprowadzaliśmy jeszcze znajomych po Dubaju i szeroko pojętej okolicy. Praca praktycznie na dwa etaty. O ile daje dużo satysfakcji to fizycznie wyciska z nas ostatnie soki.

W zasadzie goście spędzili u nast tylko 8 dni, ale w połączeniu z moimi nocnymi lotami tuż przed i po wizycie, to mam wrażenie, że jeszcze nie odpoczęłam, a minęły już 2 tygodnie. Odsypianie zarwanych nocy ostatnio idzie mi bardzo mozolnie. Czyżbym się starzała?

Jak zapowiada się kwiecień?

Kwiecień nie zapowiada się wcale luźniejszy. Od 1go kwietnia, zaczęłam rezerwę.

Co to znaczy?

To znaczy, że nie dostałam grafiku, a o tym co robię jutro dowiaduję się w okolicach godziny 18. I tak do końca miesiąca.

0c44ce81bc2b9ae46d58c4e955e54855

Ja, która uwielbiam mieć wszystko zaplanowane, ogarnięte i przewidziane, przechodzę właśnie istne katusze. Nie wiem nawet kiedy teraz zobaczę własnego męża.

Dlatego mam nadzieję, że ten miesiąc zleci równie szybko jak dwa poprzednie. Obym tylko dobrnęła do końca nie tracąc sprawności umysłowej i przytomności ze zmęczenia. Trzymajcie za mnie kciuki. Błagam.