Singapur, czyli fart wszech czasów

Singapur… Tyle do opowiadania, że nie wiem od czego zacząć.

W Singapurze byliśmy oboje już wiele razy. Powiem więcej, nawet raz byliśmy juz tam kiedyś razem. Ale mimo wszystko ten wyjazd był dla mnie szczególny.

Dlaczego?

Właściwie są dwa powody.

Pierwszy powód to sam fakt, że przydarzyło się to nam dokładnie w Sylwestra. Ciężko nie ulegać tej całej Noworocznej zadymie. Tym wszystkim nowym postanowieniom, nowym celom i początkom. Nowy Rok, Nowa ja i takie tam podobne.

Ja może nie zupełnie identyfikuję się z tym, ale faktycznie czuję, że ten Nowy Rok to nowy rozdział i nowe możliwości, że dojrzałam do pewnych rzeczy i właśnie rozpoczyna się moja przygoda z ich realizacją. Uważam jednak, że raczej nie ma to związku z tym, że wymieniłam kalendarz na ścianie na zupełnie nowy. To jest proces i zaczął się już dużo wcześniej.

Z drugiej strony, trochę przesądności jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

Właściwe przysłowie brzmi chyba, że jaki sylwester taki cały rok, ale ja je w tym roku  trochę zmodyfikowałam. Ja obecnie trzymam się mocno wersji, że jaki Nowy Rok, taki cały rok. Jeśli cały rok będzie dawał nam takie możliwości i sprawiał takie niespodzianki to będzie to bardzo dobry rok!

Ten nowy 2018 rok zaczęliśmy na pełnej petardzie. Nie mogliśmy sobie tego lepiej wyobrazić. Nawet nie śmieliśmy marzyć o takim rozwiązaniu. Właściwie nawet nam to do głowy nie przyszło. Tej nocy mogli Mateusza wyciągnąć w tyle przeróżnych miejsc, w tak różne zakątki świata, że nie śmieliśmy nawet marzyć o tym, że będzie to Singapur.

Choć dużo podróżujemy, to najczęściej osobno. Dlatego każdy taki wspólny wyjazd to dla nas niesamowite przeżycie. Choć staramy się organizować, jak najwięcej takich wspólnych wypadów, to niestety rzadko nam się to udaje. Nie jest to łatwe i wymaga sporo zachodu. A sytuacja, w której z nieba spadła na taka okazja, zdarzyła nam się drugi raz. Co jak na naszą pracę i firmę jest w sumie całkiem dobrym wynikiem.

Nie powiem, fajnie zaczyna się rok z takim przytupem. Daje to fajnego kopa na nowy rozdział.  Kopa i nadzieje, że faktycznie cały rok będzie z takim pozytywnym dreszczykiem.

Kolejny powód jest bardziej sentymentalny.

Nie dalej jak 22 grudnia wróciłam z Singapuru. Spacerując sobie wtedy po marinie bardzo brakowało mi Mateusza. Choć kiedyś zrobiliśmy razem Singapur to niestety, wtedy nie wykorzystaliśmy tego czasu odpowiednio.

Zwiedziliśmy zupełnie nie to co trzeba. Właściwie nie mamy zdjęć z tego wyjazdu, ani prawie żadnych fajnych wspomnień. Jakiś taki ni jaki był ten wypad. Dlatego też, od lat, Singapur powodował u mnie wyrzuty sumienia. Bardzo chciałam wrócić tam z Mateuszem. Trochę niejako naprawić kaca moralnego po tamtym pobycie.

Zupełnie nie przypuszczałam, że uda mi się to tak szybko i tak łatwo.

Mateusz przez moment miał pomysł, żeby zostać w hotelu, ale szybko wybiłam mu to z głowy. Ja mogę popełnić jakiś błąd raz, ale nie dwa razy. No bez jaj, co to to nie!!

Co udało nam się zobaczyć w tak krótkim czasie?

Zaskakująco dużo. I wszędzie strzelaliśmy selfiki jak nawiedzeni.

Nie ma co ukrywać, że uderzaliśmy w miejsce, które miało największe zagęszczenie ciekawych atrakcji turystycznych

Czemu nie zrobiliśmy tego ostatnim razem?

Nie wiem. Chociaż… mam właściwie jedno sensowne wytłumaczenie

Mieliśmy taki okres w życiu, na samym początku naszej pracy, w którym wychodziliśmy z założenia, że po co się spinać, przecież na pewno jeszcze tu wrócimy. 5 lat w branży pozbawiło nas jednak złudzeń. Owszem, wracamy  w te same miejsca, ale najczęściej osobno, a to już nie to samo.

Na szczęście, jak widać, to też nie jest reguła. Tym razem się nie pomyliliśmy i faktycznie udało nam się wrócić. I to razem. Trochę nam to zajęło, raptem kilka lat, ale grunt, że się udało.

Ale wracając do atrakcji.

Naszym głównym celem była Marina Bay.

Dlaczego?

Bo wiedzieliśmy, że tam jest najwięcej atrakcji. Bardzo chcieliśmy zobaczyć razem to miejsce. Jeszcze przed świętami znajdował się tam nasz hotel. Jednak nowy rok przyniósł zmiany w tym temacie i teraz musieliśmy sobie Uberem tam dojechać. Okazało się jednak, że wcale nie jest tak daleko.

 

20171218_152637.jpg

Widok z okna naszego wcześniejszego hotelu

20171221_170409.jpg

Promenada Waterfront

Nasze wesele było w tematyce podróżno – samolotowej. Co za niespodzianka prawda?!

Mieliśmy okrągłe stoły, których nie numerowaliśmy, tylko nazwaliśmy według rożnych miejsc, w których byliśmy razem.  Dodatkowo na stołach stała lista nazwisk osób przy nim siedzących wraz z naszymi, gównie wspólnym zdjęciem z tego miejsca.

Co to ma do zwiedzania Singapuru?

Jeden ze stołów chcieliśmy nazwać Singapur, ale wtedy brutalnie dotarło do nas, że na tamtym wyjeździe prawie nie robiliśmy zdjęć i nie mamy żadnego wspólnego zdjęcia z Singapuru.

Dlatego tym razem, koniecznie chciałam nadrobić zaległości. Dlatego teraz mam sporo zdjęć, i to  oczywiście ze wszystkimi najważniejszymi atrakcjami, które widzieliśmy.

Dla mnie ikoną Singapuru jest Marina Bay Sands Skypark, więc musieliśmy to wreszcie razem zobaczyć.

 

20180102_134249.jpg

Dla innych ikoną Singapuru jest lew w Merlion Park więc też koniecznie trzeba było strzelić fotki

20180102_125509.jpg

A co jeszcze warto zobaczyć?

Spacer promenadą Waterfront zaprowadzi Was do spiralnego mostu i dalej do ogrodów.

Koniecznie trzeba wejść do Gardens by the Bay i zobaczyć np. Supertree Grove.

Niestety nie udało nam się wejść na górę bo spodziewali się burz i ulewy. Jak się potem okazało bardzo słusznie. W rezultacie w ogrodach udało nam się niestety nie wiele zobaczyć.  Musieliśmy uciekać przed deszczem. Jednak z tego co wiem, to jest tam sporo do oglądania. No cóż, może następnym razem.

Sam spacer po okolicy spowodował, że zobaczyliśmy wiele ciekawych budynków. Wiele ważnych atrakcji widzieliśmy z zewnątrz np.  Cloud Forest, Super Flyer, czyli Singapurski diabelski młyn albo Parlament i  Katedrę Dobrego Pasterza.

Na wspólnych wyjazdach zawsze chcemy dużo zobaczyć, jednak w granicach rozsądku.

Nasze priorytety dla wspólnych wyjazdów to  owszem spędzić trochę czasu razem, porozmawiać, pobyć razem, ale przede wszystkim zależy nam żeby wyhamować. Żeby odpocząć, zatrzymać się. Poczuć te chwilę. Nacieszyć się nią. Na co dzień ciągle gdzieś biegniemy, za czyś gonimy. Na wspólnych wyjazdach zawsze chcemy, żeby było inaczej. Wolniej.

Dlatego na Promenadzie wypiliśmy sobie kawkę. Zjedliśmy leniwie śniadanie o 12 w południe 😛 i poszliśmy na spacer. Spokojnie. Powoli. Ciesząc się chwilą i doceniając fakt, ze jesteśmy tu razem.

Dlatego też wieczorem, jak dojechałam do Singapuru nie chcieliśmy iść jeszcze spać. Choć padałam na twarz to chcieliśmy pójść jeszcze na kolację, chociażby tylko w hotelu. No cóż, okazało się jednak, że poniosła nas fantazja. O 23 wszystko było już zamknięte. Łącznie z barami.

Podobno niedaleko miał być jakiś jeszcze sklep otwarty.  Szkoda tylko, że przywitali nas tam taką oto informacją:20180101_235958.jpg

Jedzenie też mieli raczej marne, same Instant Noodles albo zdechłe kanapki. Na szczęście uratował na stary poczciwy Starbucks i jakiś nowy uliczny pub, w którym kupiliśmy piwko i ciderka. Z całym wyposażeniem wróciliśmy do pokoju oglądać skecze Russella  Petersa. Jak dla mnie wieczór idealny. 🙂