Grudniowy grafik, czyli ponury żart układającego

Gdy zobaczyłam grudniowy grafik to myślałam, że spadnę z krzesła. Muszę przyznać, że już dawno żaden grafik, mnie tak nie rozbawił.

Od marca, poza pracą w Dubaju, studiuję równolegle w Warszawie. Są to studia podyplomowe więc zjazdy mamy raz, sporadycznie dwa razy w miesiącu. Jak do tej pory mam całkiem niezłą frekwencję. Od marca nie dojechałam tylko na jeden zjazd i to dopiero we wrześniu. Zapowiada się jednak, że w grudniu też nie dojadę.

Jak ja to robię?

Studiowanie w Warszawie jest dla mnie realne, dzięki nowemu systemowi do układania grafików. Umożliwia mi on poproszenie o kilka dni wolnego w określonym terminie. Nie jest to urlop. Jest to raczej długi weekend. Moje ”weekendy” nie przypadają w określone konkretnie dni, a jednak od czasu do czasu, dokładnie co dwa tygodnie, mi też  należą się dwa dni wolnego z rzędu. Dzięki takiemu systemowi pracy mogę  te „weekendy” mieć w bardzo różnych terminach. Czasami, a nawet dość często, przedłużone. Poprzedni system do układania grafików, też dawał takie możliwości, ale dopiero w tym nowym, to faktycznie działa. Cały proces i system układania grafików do 20 tysięcy ludzi, z uwzględnieniem wszystkich próśb i preferencji to zawiły temat więc kiedyś będę musiała opowiedzieć o tym trochę więcej.

Nie da się też ukryć, że gdyby nie moje seniority to o studiach mogłabym tylko pomarzyć.

Co to takiego to seniority?

Niby banał, ale w każdej linii lotniczej sprawa śmiertelnie poważna. Seniority, czyli nic innego jak staż pracy. Wszędzie działa to, z grubsza, tak samo. Kto ma większy staż/seniority, ten ma pierwszeństwo, większe przywileje i możliwości. Nie ma co ukrywać, że ja na swoim stanowisku przez te ponad 5 lat mam całkiem wysokie seniority.

Co z tego mam?

Przede wszystkim, dni wolne wtedy kiedy o to poproszę. A przynajmniej moja prośba jest rozpatrywana w pierwszej kolejności. Jak się jednak okazuje nie zawsze pozytywnie.

354c4c2ce15572eb2061ac29c0191a52

 

Jak to wygląda w praktyce?

W praktyce musiałam się nauczyć jak te wszystkie algorytmy wykorzystywać, a czasami wręcz przechytrzyć. Aby dostać dni wolne wtedy kiedy tego potrzebuję, mam dwie możliwości:

1. Mogę poprosić od 2 do 4 dni wolnych i wtedy system da im ile może w danym terminie.

2. Mogę też poprosić o wszystko albo nic. Wtedy dostanę wszystkie 4 dni jeśli się da, albo żadnego.

Najczęściej korzystam z wersji pierwszej. Wychodzę, z założenia, że zawsze lepiej dostać chociaż część tego co się chcę, niż  kompletnie nic. Zdarzyło mi się, że dostałam tylko 3 z 4 dni o które poprosiłam. Jest to o tyle komfortowa sytuacje, że zawsze wtedy mogę coś pokombinować, np pozamieniać się.

Były też takie sytuacje, że tego 4tego dnia do pracy szłam dopiero wieczorem/ w nocy. Dlatego gdy lądowałam w Dubaju tego samego dnia wcześnie rano, też było optymalnie.

Według przepisów muszę być z powrotem w Dubaju na 12h przed moim lotem. Nie zawsze się to udaje, czasami jestem dosłownie na styk, ale robię co mogę. Prawda jest taka, że jeśli nie podpadnę, to nikt tego sprawdzać nie będzie. Jednak dla własnego komfortu zostawiam sobie zawsze spory bufor bezpieczeństwa. Opóźnienia w awiacji to przecież dość powszechna sprawa. A ja już mam dość atrakcji podróżując na tzw. standby-u.

Od marca co miesiąc proszę o 4 dni wolnego w terminach moich zjazdów. Potrzebuję jednego dnia, piątku, na dojazd. Sobota i niedziela to siedzenie w ławce i kolejny dzień na powrót. Dzięki takim możliwościom, nie muszę zużywać całego urlopu na te studia. Nie da się ukryć, że połączenia lotnicze dodatkowo mi sprzyjają. Najczęściej w piątek lecę bezpośrednio Dubaj – Warszawa i mam jeszcze całe popołudnie aby pozałatwiać rożne sprawy. Wracam natomiast najczęściej przez Wiedeń. O tyle fajnie, że prosto z zajęć jadę na lotnisko. Nie muszę się zrywać wcześniej z zajęć, ani za długo czekać na lotnisku. Opcja idealna. W Dubaju jestem wtedy w poniedziałek rano. Jak mam wolny poniedziałek, to super. A jeśli muszę iść do pracy wieczorem też da się przeżyć. Wprawdzie noc spędzona w samolocie, ale najczęściej jestem na tyle wcześnie, że nie dość, że wszystko zgodnie z przepisami, to mam jeszcze czas się przepakować i ewentualnie kimnąć.

W grudniu jednak nie będzie tak kolorowo

Grudniowy zjazd będę musiała chyba jednak odpuścić. Sytuacja jest tak pokręcona, że nie przychodzi mi do głowy inne rozwiązanie.

Otóż:

Zjazd na uczelni mam 9 i 10 grudnia.  I już zaczęłam się cieszyć, bo dostałam 8 i 9 wolne, ale… 10tego operuję służbowo lot z Dubaju do Warszawy. Wracamy 11go.

Na dwa dni, czyli 8 i 9ty raczej nie polecę do Warszawy, poza tym i tak nic by mi to nie dało. Zajęcia mam od 9 do 16, a żeby zdążyć na 10tego na 6 rano do pracy to muszę wrócić lotem bezpośrednim, czyli o 13 mam samolot a o 23 jestem w Dubaju. Pomijam już, że to wbrew przepisom firmy, ale i tak  to mi nie wiele daje. Cała akcja mija się z celem. Z zajęć uda mi się  wyhaczyć może 2 pierwsze godziny.

O ile w pracy 10tego muszę być o 6.00, to w Warszawie będziemy dopiero o 11.30. Zanim się wydostaniemy z lotniska będzie 12.30. W mundurze pojechać na uczelnie to trochę słaby pomysł więc muszę zahaczyć o hotel i się przebrać. Zanim dojadę minie kolejna godzina, jak nie lepiej. Nie wiem czy wpadanie tam na ostatnie 2 godziny zajęć ma jakikolwiek sens. Cały dzień mamy jeden przedmiot więc zanim ja się zorientuję o czym mowa, będzie akurat koniec.

Czy to nie parodia jakaś?

Niby mam wolne w tych terminach, ba niby nawet jestem w Warszawie. Dokładnie wtedy kiedy chciałam. Tylko co z tego i tak ni jak  nie da się tego połączyć z moimi zajęciami.

Niestety, ale znów odległość zwyciężyła. Świat jest mały, ale pewnych rzeczy jednak nie da się przeskoczyć.

Szkoda tylko, że znów trafiło na zajęcia z tym samym wykładowcą.