Hatta, czyli nie samym lataniem żyje człowiek

Nie samym lataniem żyje człowiek.

Dlatego warto w życiu  mieć też bardziej przyziemne pasje. Tak dla równowagi. My swoje odnaleźliśmy między innymi w rowerach.

20171112_162326

3 lata namawiania

Od zawsze lubiłam jeździć na rowerze, ale dopiero od niedawna zaczęłam to robić bardziej treningowo niż np. transportowo czy rekreacyjnie. A zaraził mnie tym nie kto inny jak mój własny małżonek.

Musiałam się jednak trochę o to nastękać. Ponad 3 lata zajęło mi namawianie go do kupna w Dubaju rowerów. Przez te 3 lata słyszałam w koło tylko jedną śpiewkę: Tu nie ma gdzie jeździć. No cóż, może i nie ma jeśli ktoś uważa, że zapakowanie roweru na samochód i przejechanie z nim kilku kilometrów, to dyshonor i się nie kwalifikuje. Owszem tutaj nie wyjdziesz z domu od razu na rower. Tu się kłócić nie będę. Dlaczego?

1. Szlak Cię trafi przy 10tym krawężniku wysokim do kolan.

2. Chodniki są straszne, albo ich w ogóle ich nie ma, ale ulicą tym bardziej nie podjedziesz, bo zginiesz pod kołami samochodu zanim wyjedziesz z osiedla.

3. Nawet gdy znajdzie się jakiś wytrwały kozak, to dojedzie najdalej do pierwszego wiaduktu. Wszystkie w Dubaju są skonstruowane podobnie, czyli nie uwzględniają ruchu pieszych. Dlatego, jeśli chcesz żyć, to bez samochodu raczej się na nie nie zapuszczaj. Już nie wspomnę o mandatach za takie próby.

Dlatego zapakowanie roweru na auto, dojazd z nim w odpowiednie miejsce to jedyne rozsądne rozwiązanie. Niestety, nie dla wszystkich. W oczach niektórych ujmuje to jeździe na rowerze i odbiera całą przyjemność z jazdy.

Nie rozumiecie tego? Spoko, ja też nie.

Gdy mieszkaliśmy w Polsce, Mateusz zawsze i wszędzie poruszał się rowerem. Bardzo mu tego tutaj brakowało, ale zaparł się i na prawdę ciężko go było przekonać. Dla niego jazda na rowerze jak musi najpierw dojechać, gdzieś żeby pojeździć to żadna frajda. Wiele osób próbowało mi pomóc. Wytłumaczyć mu, że to głupie. Dopiero po 3 latach się wreszcie udało. Złamał się chłopak i kupiliśmy wreszcie te rowery.

20171112_163041

 

To gdzie w końcu jeździmy?

Wtedy nagle, w cudowny sposób okazało się, że w Dubaju jest gdzie jeździć na tych rowerach. I to zarówno na szosowym, jak i MTB.

Nie trzeba było dużo szukać, żeby znaleźć duży rowerowy szlak, ponad 50km asfaltu na pustyni w Al Qudra. Znaleźliśmy też krótszą trasę, nieco bliżej naszego miejsca zamieszkania, w Nad al Sheba. Tam jeździsz również na pustyni, ale tym razem z widokiem na panoramę miasta, czyli Burj Khalifa i całą Sheikh Zayed Road. Ta trasa bardzo intensywnie się rozwija. W tym roku, otworzyli nowy odcinek i można już dojechać stamtąd aż do plaży w Jumeirah.

Wisienką na szczycie wielopoziomowego tortu naszych odkryć rowerowych, było odkrycie całego centrum górskich szlaków rowerowych. zaraz obok miejscowości Hatta.

Jak odkryliśmy to miejsce ponad 2 lata temu to cała inicjatywa się dopiero rozwijała. Strona internetowa i infrastruktura były w powijakach. Chłopaki dopiero wszystko organizowali. Niektóre szlaki były już wytyczone, ale mapy nie były zbyt dokładne. Teraz to zupełnie inna sprawa. Zresztą sami zobaczcie o tutaj  Od początku było to zorganizowane, tak aby wszyscy, na różnych poziomach wtajemniczenia, mogli korzystać. Dlatego są trasy zielone dla takich wiecznie początkujący i strachliwych jak ja, ale także  trasy niebieskie i czerwone dla bardziej zaawansowanych jak Mateusz. Już nie mówiąc o czarnych szlakach, po których bałabym się na piechotę chodzić, a co dopiero jeździć na rowerze.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Hatta Mountain Bike Trail Centre to nasze ulubione miejsce ostatnio. Jeździmy tam połączyć przyjemne z przyjemniejszym. Nie tyko śmigamy tam na rowerach, ale też biwakujemy. Ba, nawet sesje ślubną mieliśmy, między innymi, właśnie tam. Uwielbiamy to miejsce. To jest taka nasza oaza. I jak na lokalne standardy, jest dość zielono. Rewelacyjne miejsce, aby odpocząć od tego zgiełku i pędu w mieście.

Nie ma co ukrywać, że jest to wycieczka na cały dzień. 1,5h w jedną stronę, czyli jakieś 120km, ale dla nas ta odległość nie gra roli.  Droga jest łatwa i przyjemna, przez pustynię jak się pewnie domyślacie.

 

23634143_10214976022577294_1679211973_o

Nasz ostatni biwak w Hatta.

23619071_10214976022977304_1982535234_n23660024_10214976022337288_1178003891_o

Ostatni wypad do Hatta

Mateusz odkrył Hattę, już 2 lata temu. Ja  jednak pierwszy raz wybrałam się tam  dopiero w zeszłym roku. Od razu pokochałam to miejsce. Jeździmy tam przy każdej możliwej okazji. Latem oczywiście nie ma o czym mówić, bo jest za ciepło, dlatego od maja mieliśmy przerwę. Dopiero teraz  gdy temperatura wreszcie znów jest przyjemna, możemy tam dalej jeździć,

Inauguracja tego sezonu, zrobiliśmy sobie w zeszłym tygodniu, jednak nie była dla mnie zbyt łaskawa. Tak jak w zeszłym roku nie wywaliłam się tam ani razu,  tak w tym roku przy pierwszym podejściu, już 2 razy.

A jak upadać to z klasą. 3 lata temu gdy upadłam na rolkach to miałam podejrzenie złamania kręgosłupa. Na szczęście skończyło się tylko na obiciach kości ogonowej i pleców. Tym razem nie mogło być z mniejszym przytupem.

Pierwszy upadek to było nic, więc musiałam poprawić podczas drugiego. Tak jakoś dziwnie upadłam, że zaklinowałam się między ziemią, skałą a siodełkiem. Zupełnie nie mogłam się ruszyć więc zaczęłam krzyczeć. Mateusz niczym Mój Wybawca i Rycerz na Białym Koniu, przybiegł i mnie wyswobodził. Jak dobiegł do mnie leżałam głową w dół skarpy, przygnieciona rowerem i idiotycznie powykręcana.

Tym razem całkiem nieźle poturbowałam sobie prawą nogę, poharatałam się o skały. Na szczęście nic nie złamałam. Jednak zupełnie bez szwanku też nie wyszłam. Na łydce, kolanie i tyłku, nie dość, że mam kilka szram, to jeszcze całą masę małych i dużych siniaków. Na tyle skutecznie się załatwiłam, że lekarze przez tydzień nie chcieli mnie przywrócić do latania.

Okazało się, że latać z opatrunkiem nie mogę, bo to wygląda nieestetycznie.  Dogadałam się jednak z naszą Fashion Police. Układ był taki, że ja kupię sobie spodnie do munduru, a oni mi wystawią oficjalny kwitek, że mogę ich używać. Myślałam, że temat zamknięty i wracam do pracy. Jednak lekarz był innego zdania.

Paradoks tego wszystkiego polega na tym, że jak poszłam po wypadku do lekarza to nie z ranami na nodze, tylko z szyją i ramionami. Tego samego dnia wieczorem tak mnie zaczęło wszystko boleć, że noc miałam z głowy. Chodziłam po ścianach, nie wiedziałam czy mam siedzieć, stać, płakać, czy krzyczeć. Musiałam całe uderzenie przyjąć na ramiona i dopiero gdy organizm odtajał, poczułam obrażenia. Gdyby nie to, to by mi do głowy nie przyszło, żeby iść do lekarza. Ranę umiem sobie sama opatrzyć, po za tym mam mojego osobistego pielęgniarza, który bardzo się przejął moim przypadkiem. Lekarka, u której byłam dała mi jakieś leki na te ramiona, ale zupełnie się nimi nie przejęła. Za to zrobiła zadymę wokół moich ran na nodze. Zupełnie nie przypuszczałam, ze sprawy tak się potoczą. Ja te rany potraktowałam jak za starych dobrych czasów, czyli kiedy miałam lat kilka. Uznałam, że do wesela się zagoi. Może nie mojego, bo już było, ale mam jeszcze kilka koleżanek na wydaniu.  Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz zdarłam kolano i nabiłam sobie guza więc nie ma co się mazgaić. Lekarka nie podzielała jednak mojej opinii.

Jak to się stało, że upadłam?

Według Mateusza upadłam bo jechałam za wolno na tym odcinku. Gdybym jechała szybciej nie straciłabym równowagi. Ja mam jednak inne zdanie. Według mnie robienie dwóch rzeczy na raz jest jeszcze osiągalne, ale trzech już nie. Jazda na rowerze i słuchanie podcastów są ok, ale gdy przy tym zestawie zaczynam jeszcze intensywnie obmyślać strategie dla moich projektów i pomysły do których zainspirował mnie ten podcast to już jest chyba zbyt absorbujące.

Wnioski?

Moja mama pewnie by wolała, żeby wnioski dotyczyły rezygnacji z takiej jazdy na rowerze, ale ja niestety mam chyba jednak w trochę inną stronę poszłam.

1. Muszę popracować nad techniką jazdy.

2. Multitasking jest przereklamowany.

3. Czy sport to na pewno zdrowie?

4. Musze jeszcze raz przesłuchać ten podcast, ale tym razem w mniej ekstremalnych warunkach.