Kair, czyli latający szpital

Ten lot z Kairu zapamiętam na bardzo długo…

Medyczne przypadki nie zdarzają się jakoś bardzo często, ale na tym, trzy godzinnym locie mieliśmy ich aż 3. Co jeden to ciekawszy.

Jakby tego było mało wszystkie trafiły się mi.

Niektórzy mają dziwne priorytety

Jeszcze drzwi do samolotu nie zdążyliśmy zamknąć, a ja już biegałam z apteczką.

Facet zrzucił na sobie na rękę swoją własna walizkę. Zrobił to jednak tak umiejętnie, że zdarł sobie skórę z ręki i to kawałek wielkości mojej dłoni. Mistrz świata jak dla mnie!

Na lotnisku oczywiście nie miał czasu zgłosić się do punktu medycznego. Żebyście widzieli ile on miał toreb z zakupami. Dopiero w samolocie miał czas, żeby pójść po rozum do głowy.

Krwawienie z nosa…

Druga sytuacja medyczna wydarzyła się podczas serwisu.

Kobiecie zaczęła lecieć krew z nosa. Zdziwilibyście się jak często ludziom w samolocie się to przytrafia. Wielu z nich zupełnie nie wie jak sobie z tym poradzić. W bezradności przybiegają do nas.

W samolocie, krwawienie z nosa  zdarza się bardzo często po prostu z odwodnienia. Najczęściej nie trwa to długo, ale my musimy to monitorować. Jeśli komuś krwotok nie ustaje po 30 minutach to mamy obowiązek dzwonić na naszą lotnicza infolinię medyczną, czyli MedLINK.

Podczas lotu tego z Kairu jedna z pasażerek złapała mnie jak przechodziłam przez kabinę. Wyglądała jakby jej ktoś gardło poderżnął, tyle miała krwi wszędzie. Cała była umazana, jak na Halloween. Na szczęście tu też w miarę szybko się uwinęłam. Już mieliśmy dzwonić na Med Link, ale w cudowny sposób, w ostatniej chwili, źródełko wyschło i po sprawie.

Wisienka na szczycie wielopoziomowego tortu.

Cały ten lot nie należał do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych. Bejrut, Kair i Istambuł to pierwsza trójka na czarnej liście w naszej firmie. Na kogo wypadnie na tego bęc. Zamienić to graniczy z cudem. W każdym z tych kierunków mamy po 2 albo 3 loty i to dziennie. Także nikomu się nie upiecze.

Podochodziliśmy właśnie do lądowania z powrotem w Dubaju. Pełni optymizmu, że przetrwaliśmy. Nawet piloci zrobili już ogłoszenie: Cabin Crew prepare for landing.

Dla nas ta komenda oznacza dwie rzeczy:

  1. Właśnie pochodzimy do lądowania. Dostaliśmy już zgodę i zaraz jest nasza kolej.
  2. Tym telefonem zaczyna się tzw. No contact period. Od tego momentu nie możemy dzwonić do siebie, nie powinniśmy ze sobą nawet rozmawiać. Nie mówiąc już o jakiekolwiek komunikacji z kokpitem. Oni w tej chwili są bardzo zajęci i nie maja czasu na pierdoły. Wszyscy mamy się wtedy skupić na tym co się dzieje dookoła. Mieć oczy i uszy szeroko otwarte i obserwować lądowanie. Jedynym wyjątkiem, od tych zasad jest tzw. emergency i to raczej musi być coś dużego, żeby ktoś się w ogóle odważył wziąć słuchawkę do ręki.

Dlatego wyobraźcie sobie  jak nam podskoczyło serce do gardła,gdy telefon  zadzwonił już po komunikacie od pilotów. Siedziałam wtedy zaraz obok mojej kierowniczki, do której zadzwonił właśnie mój kolega. Już wiedzieliśmy, że coś się dzieje. Pytanie było tylko co konkretnie i jak to jest poważne.

Jej rozmowa przez telefon,w naszym odczuciu, trwała w nieskończoność. Do lądowania, od którego dzieliły nas minuty, zdołała nam tylko przekazać, że w pierwszej kabinie klasy ekonomicznej wybuchła panika. Najprawdopodobniej jedna z pasażerek dostała udaru.

Samolot tylko zahamował i obie pobiegłyśmy do przodu. Reszta załogi musiała zostać na stanowiskach. Dopóki nie mogli rozbroić drzwi, nie mogli ich też odstąpić na krok. Ciągle kołowaliśmy do bramki, a na pokładzie było jeszcze ponad 300 nieprzewidywalnych osób. Nie ma co ukrywać, że zaufanie do pasażerów mamy małe/ żadne. Wierzcie mi nie jest to nieuzasadnione.

Jak dobiegłyśmy na miejsce, był tam już nasz Purser, czyli szef pokładu. A wraz z nim był jeden z naszych kolegów załogantów, który akurat wracał z urlopu i traf chciał, że siedział niedaleko. Kobieta była nieprzytomna, ale nic w ramach naszej wiedzy nie wskazywało na udar. Właściwie nikt z nas nie wiedział co to było. Ludzie po omdleniu najczęściej szybko się budzą, ale jej ne mogliśmy docucić.

Jak tylko dojechaliśmy do bramki, czekało już na nas pogotowie. Ratownicy wpadli z rozpędu do samolotu. O dziwo tłum współpracował. Nikt się nie ruszył, dopiero jak ratownicy opanowali sytuację, to zaczęli się przeciskać do wyjścia. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona.

Oczywiście sporo było samozwańczych medyków, którzy mówili nam co powinniśmy robić. Na szczęście na pytanie czy są medykami, odpuszczali. Oczywiście nikt z nich nie miał nic wspólnego z medycyną, ani chociaż pierwszą pomocą.

Kobieta podróżowała wraz z opiekunką i dwójką dzieci, chłopiec miał może z 8 lat, dziewczynka była młodsza. Nie wiem kto bardziej panikował, ta opiekunka czy te dzieci.  Po tym jak wpadli ratownicy i zajęli się pacjentką, my zajęliśmy się opiekunką i dziećmi.  Trzeba było ustalić, gdzie w ogóle lecą, czy Dubaj to ich przystanek końcowy i czy ktoś ich odbiera z lotniska. Ciężko było się z nimi porozumieć, ale się udało. Okazało się, że mieszkają w Dubaju i odbiera ich ojciec.

Ratownicy też nie byli wstanie od razu ustalić co jest tek kobiecie, więc musieli ją zabrać do lotniskowego szpitala, punktu medycznego, zwał jak zwał. Wtedy też zaczął się cyrk dzwonienia do ich ojca i tłumaczenia mu co się dzieje, gdzie ich wszystkich zabierają i jak ma się tak dostać. Samo kompletowanie ich bagaży było wyzwaniem. Tylko matka wiedziała gdzie są wszystkie torby, a były rozsiane po całej kabinie.

Nasza jurysdykcja i wiedza na temat pasażera kończy się zawsze z chwilą, w której on wysiada z samolotu. Gdy przekazujemy naszych chorych pogotowiu, na tym kończy się nasza wiedza o nich. Nigdy niestety nie wiemy jak to się skończyło, co im właściwie było. Nie mamy się też niestety jak tego dowiedzieć, ale może to i lepiej.

 

 

 

 

 

Zdjęcie: https://www.humantech.com/osha-publish-injuryillness-data/