Bejrut, czyli bez telefonu ani rusz

Aby jakikolwiek samolot w ogóle wystartował, wiele rzeczy musi się wydarzyć. Wiele rzeczy i ludzi musi się ze sobą zgrać i współpracować. Dlatego niespodzianki w mojej pracy to chleb powszedni. Dzisiejsza historia, to jedna z takich niespodzianek i dowód na to, że pozornie mała rzecz potrafi uziemić cały samolot.

Abyście w pełni zrozumieli powagę sytuacji, powinnam Wam chyba najpierw wyjaśnić kilka pojęć.

Słyszeliście kiedyś o MEL, czyli Minimum Equipment List? Każda linia lotnicza musi spisać dla siebie taki dokument. Jest to lista wszystkich systemów i urządzeń, które muszą być sprawne, aby samolot w ogóle wystartował. Jak się ostatnio zorientowałam, na tej liście znajduje się całkiem sporo rzeczy, i nie wszystkie równie oczywiste.

Jestem pewna, że każdy z Was, kto oczywiście kiedykolwiek leciał pasażerskim samolotem, zauważył na pokładzie telefony. Nie mówię tutaj o najnowszych smartfonach współpodróżnych. Chodzi mi raczej o słuchawki, przez które załoga komunikuje się między sobą. Osobiście muszę przyznać, że to genialny wynalazek. Zamiast przeciskać się między wózkami, czy bić rekordy na krokomierzu, mogę zwyczajnie zadzwonić do koleżanki po drugiej stronie. Nawet sobie nie wyobrażacie jakie to ułatwienie. Często jest też tak, że ja zwyczajnie nie mogę opuścić danego miejsca, bo ktoś mi tu zemdlał, albo robi jakąś mega wielką aferę. Dzwoniąc mogę ściągnąć sobie kogoś do pomocy, nie pogarszając całej sytuacji.

Nie trudno się domyślić, że piloci w kokpicie też mają dostęp do telefonu i możemy do nich w każdej chwili zadzwonić. Ba, nawet nie możemy tylko musimy. Mamy obowiązek sprawdzać czy żyją co 30 minut. O ile nam w kabinie ten telefon jest niezbędny do życia, to jednak są powody tylko czysto praktyczne. W przypadku telefonu w kokpicie w grę wchodzą kwestie bezpieczeństwa. A tutaj żadna linia nie odważy się niczego zlekceważyć. Szczególnie jeśli w grę wchodzi bezpieczeństwo pilotów. Dlatego też działający Interphone w kokpicie znajduje się na liście MEL.

Mój ostatni lot do Bejrutu, sam w sobie był już wystarczającym utrapieniem. Musicie wiedzieć, że Libańczycy niestety nie należą do najłatwiejszych pasażerów. To co się dzieje na tym locie ciężko jest opisać, to po prostu trzeba przeżyć. Mentalność tych ludzi jest fenomenalna, jedyna w swoim rodzaju! Często wystarczy jeden Libańczyk na locie, żeby roznieść pół samolotu, a tam mamy ich ponad 300. Przeżycie bezcenne, jednak nikomu raczej nie polecam.

Bejrut jest na tyle blisko Dubaju, że firma nie musi nam zapewniać odpoczynku na miejscu. Mimo omijania, dość szerokim łukiem, wszystkich wojennych stref to docieramy tam w 3,5h w jedną stronę. Dla załogi oznacza to, że operują najpierw do Bejrutu, tam szybkie przeładowanie i z powrotem do Dubaju.

Jest to jeden, z tych lotów, które ja nazywam „normalnym” dniem pracy. Dlaczego? To proste, bo nie muszę pakować walizki. Wychodzę wtedy do pracy i wracam do domu  tego samego dnia, niczym – w mojej definicji – normalny człowiek. Luksus, na który rzadko mogę sobie pozwolić. Wiem, że dalekie to jest od normalnego dnia w pracy, zwłaszcza, że często według mojego zegarka i kalendarza, nie do końca jest to ten sam dzień. No ale cóż, niczego bliższego nie jestem wstanie osiągnąć.

Ale wróćmy do tematu.

W Bejrucie, będąc już na ziemi, dostaliśmy informacje, że telefon w kokpicie nie działa. W pierwszej chwili praktycznie nikt nie zareagował. A bo to pierwszy raz coś się popsuło?! Zaraz wpadną inżynierowie i będzie po krzyku.

Szybko się jednak okazało, że sytuacja nie jest wcale taka prosta i naprawa może trochę potrwać. O ile w ogóle im się uda. Wtedy też uświadomiono nas, że telefon w kokpicie jest na liście MEL i jeśli go nie naprawią, to czeka nas nocleg. W tym samym momencie przestało nam być do śmiechu. Okazało się, ze prawie nikt nie zdawał sobie sprawy, ze mną włącznie, że ten telefon znajduje się na liście MEL. Jakby się nad tym zastanowić to jest to dość naturalne i oczywiste, ale do tej pory nigdy nie musiałam się nad tym zastanawiać.

Nasz główny dramat polegał na tym, że nikt z nas nie był przygotowany na nocowanie. A tym bardziej, na nocowanie, które nie wiadomo ile potrwa.  Wszyscy mieliśmy ze sobą tylko to w czym staliśmy. Teoretycznie powinniśmy mieć w torbach kabinowych służbowe piżamy, ale ile osób faktycznie je ze sobą wozi? Ja na szczęście miałam, ale żadna piżamka nie zastąpi mi czystych gaci i koszuli na następny dzień w pracy. Pranie ręczne raczej nie wchodziło w grę bo w każdej chwili mogli nas wywołać. Czyste gacie to nie był jedyny luksus, którego miało nam zabraknąć. Nie mieliśmy też co liczyć na takie niby banały jak umycie zębów, czy zmycie służbowego makijażu. Grr… zupełnie nas to wszystko zaskoczyło i przestraszyło. Cieszył się tylko Libańczyk, którego mieliśmy w załodze. Pochodził z Bejrutu i zacierał ręce na obiadek u mamusi.

Mieliśmy jednak więcej szczęścia niż rozumu. Zajęło to inżynierom trochę ponad 2h ale udało się! Korzystając z pomocy telefonicznej inżynierów z Dubaju, naprawili ten przeklęty telefon.  Wszyscy mieli ochotę skakać z radości, poza Libańczykiem oczywiście.

Mądry Polak po szkodzie. Nauczona tym doświadczaniem, obiecałam sobie, że koniecznie zapakuję sobie do torby awaryjną parę majtek i szczoteczkę do zębów. Takie absolutne minimum, które pozwoli mi przetrwać takie niespodzianki. Po co mam się stresować następnym razem.

Inna sprawa, że jak nie zapakuję to będą potrzebne, ale jak zapakuję… to pewnie nigdy ich nie wyciągną. O oby tak było. Potraktuje to jako zaklęcie odstraszające takie sytuacje. Trąca zabobonami, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże. Tyle razy słyszałam o takich niezapowiedzianych nocowaniach, ale zawsze wydawało mi się, że mi to się nie przydarzy. No cóż, a właściwie dlaczego nie?

 

Źródło zdjęcia: https://jethead.wordpress.com/tag/airline-cartoon/