Wydawało mi się, że żyję szybko…

Od dawna wydawało mi się, że żyję szybko i intensywnie. Okazało się jednak, że tylko tak mi się wydawało.  Maj, czerwiec, a lipiec w szczególności, uświadomiły mi, że do tej pory żyłam sobie leniwie i spokojnie.

Maj – to dzięki niemu przetrwałam kolejne miesiące

Maj polegał na ładowaniu baterii, i dobrze bo gdyby nie to, to chyba nie sprostałabym kolejnym miesiącom. Spędziłam trochę czasu w Dubaju na zwolnieniu lekarskim z powodu… opryszczki. Mój perfekcyjny wygląd został naruszony więc mnie uziemili na tydzień. Zdążyłam zrobić tylko jeden lot służbowy do Warszawy i klops. Uziemienie. Tydzień siedziałam w domu bezczynnie, a w tym czasie Mateusz w Warszawie wyrabiał  nalot, żeby móc przejść do kolejnych etapów szkolenia lotniczego.

Oczywiście długo nie wytrzymałam w domu sama. Jak tylko skończyło mi się to nieszczęsne zwolnienie lekarskie to zaaplikowałam o urlop, który o dziwo dostałam. Poleciałam na tydzień do Warszawy polatać z Mateuszem.

Dla mnie to były super wakacje, podziwianie Polski z lotu ptaka, relaks na lotnisku itp. O tym wszystkim rozpisze się więcej w następnej wolnej chwili. Lot do Gdańska, albo lot nad Śniardwy wymagają zdecydowanie osobnych postów. Dla Mateusza nie były to jednak tak sielankowe wakacje, jak dla mnie. W ogóle ciężko to było nazwać wakacjami. Ja jako pasażer korzystałam na całego, ale mój pilot musiał się sporo napracować przed każdym naszym wspólnym lotem.

Czerwiec – wstęp do bajek

Naładowane w maju baterie pozwoliły mi zająć się wreszcie, i  to zupełnie na poważnie, pewnym projektem, który odkładałam już od baardzo dawna. Projektem, który wymaga ode mnie bardzo dużo… wszystkiego. Od samozaparcia, przez wiedzę, którą drobnymi kroczkami dopiero zdobywam, poprzez motywację samej siebie i innych, a przede wszystkim – czasu, którego ostatnio odczuwam stosunkowo duży niedobór.

Odnoszę też wrażenie, że moje studia stały się ostatnio bardziej absorbujące. I nawet nie chodzi tu o zaliczenia, bo tych akurat nie ma dużo, ale bardziej o zagęszczenie zjazdów, i logistykę, która się z tym dla mnie wiąże. Ja w Dubaju, a uczelnia w Warszawie. O ile zjazdy raz w miesiącu są jeszcze do ogarnięcia, to odstęp dwóch tygodni stanowi już dla mnie spore wyzwanie.

Zapracowany-manager

Lipiec, czyli prawdziwe szaleństwo

Grafik w lipcu spłatał nam kilka figli. A właściwie to sami sobie tą pętle założyliśmy na szyje. Dostaliśmy wolne i inne loty dokładnie tak jak chcieliśmy, ale… Sprowadza się to do tego, że ja po 4 dniach służbowych lotów między Bangkokiem a Hongkongiem, lądując o 4.45 w Dubaju, zamiast wrócić do domu, do własnego łóżka i wyspać się wreszcie,  przebieram się w samochodzie i dawaj na lotnisko i lot do Warszawy. Tym razem jako pasażer. Sen w samolocie, przyściełam jeszcze komara w autobusie do samolotu, już nie wytrzymałam. A po wylądowaniu dawaj dalej.

Na szczęście lipiec, choć bardzo aktywny, to jest pomieszaniem pracy i atrakcji turystycznych. Weekend w Warszawie już za nami. Było pracowicie, bo ja w szkole, a Mateusz latał, ale wieczorem udało nam się też zresetować i naładować baterie. Nasze Bratnie Dusze z Trójmiasta też były akurat w Warszawie i udało nam się spotkać. Powrót do pracy był brutalny, ale na szczęście zaraz wracamy znów do Polski. W tym miesiącu czeka nas jeszcze weekend w Gdańsku – rodzinna impreza, kilka dni i koncert w Krakowie. Jedyne wolne dwa dni, które spędzamy w Dubaju, zostały tak zaplanowane abyśmy mogli ugościć u siebie znajomych, którzy będą akurat przejazdem w Dubaju. Także tez raczej nudzić się nie będziemy.

Niestety wisienką na szczycie wielopoziomowego lipcowego tortu jest fakt, że ten miesiąc kończę corocznymi egzaminami służbowymi. Niby uczę się ciągle tego samego, ciągle latam na tych samolotach, ale mam wrażenie, że tym razem będzie trochę inaczej. Pierwsze moje egzaminy z A380, niby właśnie przyleciałam do Zurychu tym samolotem i nim też będę wracać i chyba dlatego wiem, że do egzaminów to ja się muszę sporo pouczyć. Wiem, że nic nie wiem… to już  podobno coś. Jednak, to czego wciąż nie wiem to kiedy  uda mi się usiąść do książek.