Nasz pierwszy ślub – to już 4 lata

Wyjazd do Dubaju wywrócił nasze życie do góry nogami. Oczywiście, że można się było tego spodziewać. Jednak zupełnie nie przyszło nam do głowy, że zmiany będą dotyczyć też naszej relacji. Wydawało nam się, że co jak co, ale ta materia jest raczej uregulowana. A przynajmniej na tyle, na ile oboje tego chcieliśmy. Rzeczywistość okazała się niespodzianką.

Nasze początki w Dubaju

Życie w Dubaju nie okazało się być taką sielanką, jak się spodziewaliśmy. Pasmo rozczarowań wydawało się nie mieć końca, dlatego postanowiliśmy zmienić to, co zmienić mogliśmy. Nie było łatwo, ale byliśmy zdeterminowani. Nie mamy w naturze użalać się nad sobą i swoim losem, wolimy raczej działać. Do problemów staramy się podchodzić jak do kolejnych wyzwań i je rozwiązywać, zamiast roztkliwiać się nad nimi. Mało polskie podejście do życia, ale cóż począć.

Pierwszym pomysłem, który jednocześnie miał dać nam najwięcej, było zamieszkanie razem. No dobra, najpierw kupiliśmy auto, ale okazało się nie wystarczającym ułatwieniem.

Przeprowadzając się do Dubaj, oboje dostaliśmy służbowe mieszkanie. Nie było to oczywiście pojedyncze mieszkanie. Oboje mieliśmy po 2 współlokatorów. Super opcja na początek, jednak z czasem zaczęło nam to przeszkadzać. Kluczowy haczyk polegał na tym, że podróż miedzy jednym a drugim domem zajmowała nam jakieś 1,5h. Kupno samochodu nieco ten czas skróciło, jednak szybko okazało się, że praktycznie mieszkamy w tym samochodzie. Życie na zmianę w hotelach i samochodzie to nie była opcja, na którą się pisaliśmy, która nam w jakikolwiek sposób odpowiadała. Sami na pewno  przyznacie, że fajnie jest mieć dom. Swoje miejsce na ziemi, do którego chętnie się wraca z podróży.  Te służbowe mieszkania, choć spędziliśmy w nich wiele miesięcy, nigdy nie stały się dla nas domem. Szczególnie dla mnie nie były nawet miejscem, w którym czułam się swobodnie.

Nasza motywacja do przeprowadzki

Mi trafiło się mieszkanie, które było, dosłownie, na środku niczego, na pustyni. Nawet nazwa osiedla była dość wymowna Sarab, co podobno po arabsku oznacza fatamorgana. Wszystkie służbowe mieszkania mają jedną cechę wspólną – atmosferą przypominają studenckie akademiki, a mój Sarab to już wybitnie. Legendy jakie chodzą o tym miejscu są bardzo niewiarygodne, istna sodoma i gomora. Ja, już wtedy, byłam trochę z innej bajki, ale gdyby nie moje współlokatorki to pewnie została bym tam trochę dłużej. Choć wszystkie pochodziłyśmy z Polski, to nie było między nami porozumienia. Nie twierdze, że jestem święta. Bądźmy szczerzy, ja nie mam łatwego charakteru. Ale to nie ja sprowadzałam nie wiadomo kogo do mieszania. Mam prawo się oburzyć gdy wchodzę do mieszkania, a tam wita mnie zupełnie obcy i w dodatku nagi facet. Nie wypaliło mi oczu tylko dlatego, że gość zdążył otworzyć lodówkę i się za nią schować. W sumie to on był chyba bardziej zażenowany niż ja. Ja byłam wściekła.

582531_4210199016506_467691612_n

Taki miałam widok z okna

Nie miałam możliwości zmienić mieszkania, bo wszelkie przeprowadzki wewnątrz służbowych osiedli były zamrożone i to do odwołania. Jedyną opcją było dla mnie wzięcie ślubu i wyprowadzenie się na swoje. Mateusz nie protestował bo swojego mieszkania też jakoś specjalnie nie kochał. Niesamowicie ciemne, w dodatku z karaluchami. Wtedy już pozbyliśmy się pluskiew z łóżka, więc nie było najgorzej. Smrodki dolatujące z rzeźni, która była po drugiej stronie ulicy, też go jakoś specjalnie nie przekonywały do zostania.

Uroki życia w kraju arabskim

Idealnym wyjściem z sytuacji wydawało nam się wtedy wyprowadzenie na swoje. Właściwie dalej uważam, że to było najlepsze rozwiązanie. Jednak niestety, w kraju arabskim, to nie taka prosta sprawa. W tym kraju, nikt nie wynajmie mieszkania parze bez ślubu. A przynajmniej wtedy tak nam wmawiano. Teraz wiemy, że trzeba dobrze poszukać.

Prawda jest jednak taka, że gdy znaleźliśmy nasze wymarzone mieszkanie, trzeba było szybko działać. Ich pierwszym pytaniem był nasz akt ślubu. Dogadaliśmy się, że mamy już datę, a oni, na szczęście, zgodzili się poczekać. Mieliśmy na tyle oleju w głowie, że wraz z poszukiwaniami mieszkania, zaczęliśmy załatwiać formalności w ambasadzie. Oczywiście, najpierw obudziła się w nas nasza polska krew więc próbowaliśmy coś zakombinować. Chcieliśmy wziąć ślub na niby, taki który byłby ważny tylko w Dubaju, ale niestety. Nie udało się. Żadne z nas nie jest muzułmaninem więc nie mogliśmy nic w Dubaju załatwić. Pozostała nam tylko ambasada. Trochę nam się spieszyło, ale Panie w ambasadzie już nas znały więc udało się załatwić szybki termin. Pozostało tylko powiedzieć rodzicom.

DSC_8872

Dlaczego ślub jednak obył się w Polsce?

Jakoś tak wyszło, że rodzicom udało nam się powiedzieć praktycznie na dwa dni przed. Nie zareagowali najlepiej. Szczególnie moi rodzicie, a właściwie to moja mama. Ojciec był w szoku. Zwyczajnie go zatkało. Cała akcja jest na tyle wesołym wydarzeniem, że wraz z całą naszą historią, postanowiliśmy przedstawić ją naszym gościom podczas naszego drugiego ślubu. W tym celu zrobiliśmy animację, którą możecie zobaczyć tu . Scenariusz tego filmu napisało samo życie. Ja go tylko spisałam.

Dwa tygodnie po naszej wstępnej dacie ślubu tego w ambasadzie mieliśmy jechać na urlop. Pierwotnie planowaliśmy jechać spełnić moje największe i najbardziej abstrakcyjne marzenie – trekking po Tybecie. Zabraliśmy się jednak do tego trochę od czapy i zapowiadało się, że może z tego nic nie wyjść.

Do tej pory nie rozumiem, dlaczego sami nie wpadliśmy na ten pomysł, ale prawda jest taka, że to moja mama jako pierwsza zasugerowała, żeby zamiast do Tybetu pojechać do Polski i wziąć ten cywilny ślub jak normalni ludzie. Zastanawiałam się nad tym wszystkim już wiele razy. Dlaczego sami na to nie wpadliśmy? Jedyne co wymyśliłam to fakt, że nie chcieliśmy robić z tego wydarzenia. Chcieliśmy zrobić to cichaczem, tak prawie na niby, żeby nikt nic nie wiedział. Sami chyba nie do końca byliśmy gotowi na to wszystko. Ślub planowaliśmy brać dopiero jak wrócimy do Polski, na spokojnie, żeby zorganizować to będąc na miejscu. Otóż nie wyszło, ani z pierwszym, ani z drugim ślubem. Skończyło się tym, że na nasz pierwszy ślub zorganizowała moja mama, zarówno w urzędzie, jak i obiad w restauracji, czy weselne garden party. Wszystko spadło na nią i dość znienacka.

DSC_8928-Edit

I choć zaprosiliśmy na tą małą uroczystość tylko najbliższa rodzinę, to wyobraźcie sobie minę moich krewnych, gdy moja mama na tydzień przed zapraszała ich na ślub. Wszyscy byli w szoku. Nasi rodzice myśleli, że przy najbliższej okazji Mateusz będzie się oświadczał. Nikt się nie spodziewał, że pójdziemy aż tak na skróty.  Nie da się ukryć, że utarte schematy są nie dla nas, my mamy swoją ścieżkę, nawet w tak oczywistych kwestiach. Udowodniliśmy to nie raz.

Prawda jest jednak taka, że wyszło lepiej niż się spodziewaliśmy. Nasz ślub, który miał być  na niby nie wyszedł na niby. Wyszedł bardzo realnie i na serio. Na tyle na serio, że zaraz zaczęliśmy szukać sali pod ten właściwy, duży, kościelny ślub, w dodatku nie ma 50 osób, tylko na 150 osób.

Przez kolejne 3 lata wszyscy nam wypominali, że to nie był prawdziwy ślub, że tylko podpisaliśmy kontrakt, a prawdziwy ślub dopiero przed nami. Dlatego pewnie w okolicach 18tego czerwca opowiem Wam o tym kolejnym ślubie. Wtedy właśnie minie dokładnie rok od naszego drugiego ślubu, który nieskromnie powiem, wyszedł epicki.

A mieszkanie, choć była to miłość od pierwszego wejrzenia to okazała się strzałem w 10tkę. Wybraliśmy tak rewelacyjnie, że przez te 4 lata już kilka razy szukaliśmy czegoś innego, lepszego, ale jak do tej pory – nie znaleźliśmy. Nie za tą cenę, nie tak wyposażonego, nie tak jasnego, nie tak dużego i w ogóle nie tak rewelacyjnego. Pomijam już, że zrobiliśmy na tym interes życie, ale o finansach może innym razem. A Mateusz wciąż wisi mi wakacje w Tybecie.