Ostatnia Nicea, czyli interes życia i piękne rodzinne wspomnienia

W tym roku rodzinne święta nie były mi dane, ale świąteczny poniedziałek spędziłam w Nicei, z której mam jak najbardziej rodzinne wspomnienia.

Dlaczego ta Nicea to mój interes życia?

W moim pierwotnym grafiku, świąteczny poniedziałek miałam  spędzić cały w samolocie, w drodze do Guangzou, już drugiego w tym miesiącu. Zupełnie nie przypuszczałam, że uda mi się którykolwiek z nich zamienić, a już w ogóle nie na takie cacko, jakim jest Nicea. Dlatego z pełną świadomością uważam, że to był dla mnie jeden z interesów życia. Mam nadzieję, że nie ostatni.

Guangzou, to miejscowość w Chinach. Z moich obserwacji wynika, że spora część handlu made in china, właśnie tam ma swój początek. Nie wiele załogantów chce robić ten lot. Wyjątkiem są dziewczyny, które polują na suknie ślubne. Podobno mają tam niezłe oferty na oryginalne suknie znanych projektantów. Niestety, nie wiem na ile to prawda. Ja swoją kupiłam w tradycyjny sposób. Podobno, jedna z dziewczyn z mojego lotu, wróciła z suknią. Ja jednak ani kreacji nie widziałam, ani z dziewczyną osobiście nie rozmawiałam o tym. Nawet nie udało mi się dość do tego, która to. No cóż, było nas na tym locie 26 osób i niestety, ale nie udało mi się ze wszystkim pogadać.

Nie da się ukryć, że Guangzou to dość wymagający lot, ale muszę Was zaskoczyć. W drodze do, na 430 pasażerów w klasie ekonomicznej, było tylko 2 chińczyków . Praktycznie wszyscy jechali na jakieś wielkie targi chińszczyzny i pochodzili głównie z krajów arabskich i afrykańskich, czasem też jakiś hindus się znalazł. Targi czy nie targi, ten lot zawsze tak wygląda. Gdy robiłam go pierwszy raz to zastanawiałam się czy nie zapomnieli nam powiedzieć, że jednak na Lagos (Nigeria) na przerzucili. Nie chce tu wyjść na rasistkę, ale jak kiedyś Wam w końcu opowiem o locie do Lagos, to mnie zrozumiecie.

Dlatego zdecydowanie nie skakałam z radości, jak zobaczyłam dwa Guangzou w swoim grafiku. Pieniądze jakie na miejscu dostajemy też nie są jakieś powalające, a wszelkie atrakcje turystyczne są albo mało znane, albo daleko. Można ewentualnie wybrać się na punkt widokowy, ale trzeba liczyć na cud, żeby nie było mgły. Wole wierzyć, że to mgła, a nie smog.

Gdy dostałam ofertę za moje drugie Guazngou, i to jeszcze na Niceę, nie wahałam się ani minuty. W pierwszej chwili pomyślałam, że ktoś się pomylił, ale szybko pozbyłam się skrupułów i pobiegłam do komputera to przyklepać. Lepszej oferty nie mogłam sobie wymarzyć – interes życia. Może i wylatam minimalnie mniej godzin, ale za to reszta korzyści jest nie do przebicia. Długo mogę je wymieniać, zaczynając od tak podstawowych jak pieniądze, a kończąc na widokach, pogodzie i prawie pustym locie powrotnym. A, no i dla mnie wisienka na torcie, czyli fakt, że wracam wcześniej, a nie lotem nocnym, także mam kolejną przespaną noc na życiowym koncie. Normalnie, deal życia.

agata nice1

Nicea by night

IMG_2063

Moja pierwsza Nicea, czyli rodzinne wakacje

Pierwszą moją Niceę robiłam w sierpniu, chyba ze dwa lata temu, a może nawet 3.  Nie wiem, ten czas tak szybko leci. Wiem jedno, akcje takie jak te będę opowiadać wnukom.

Od lat, gdy ktoś z rodzinki lub przyjaciół, wyjeżdża na wakacje, a szczególnie w miejsca do których latamy, to ja staram się tam dolecieć. Tak manipuluje grafikiem, żeby chociaż na jeden dzień tam trafić. Różnie to wychodzi, ale już kilka razy mi się to udało. Muszę przyznać, że najczęściej jednak wychodzi mi to z moimi rodzicami i siostrą. Moja pierwsza wizyta w Nicei również była sprowokowana ich planami urlopowymi. Jednak wtedy trochę przechytrzyliśmy system.

Dużo nie brakowało, ale się udało

Moi rodzice, na miejsce swojego urlopu wybrali wtedy południe Francji. Szybko wykalkulowałam sobie, że w takim razie, ja spróbuję dostać się do Nicei. Wydawało nam się, że w planie ich wycieczki, to jest najbliższy przystanek dla mnie. Okazało się jednak, że nie tak bliski jak nam się ubzdurało.

Dopiero na miejscu zorientowali się, że ich kwatera wcale nie jest zbyt blisko Nicei.  Mało tego, okazało się, że oni jadąc samochodem, nie dojechali tam tak szybko jak zaplanowali. Skończyło się tym, że ja byłam w Nicei pierwsza, na kilka godzin przed nimi. Wymagało to dużej determinacji z ich strony i oczywiście presji z mojej, ale dojechali do mnie późnym popołudniem.

Nasz lot dolatuje do Nicei koło 14. Zbiórkę na lot powrotny mamy dopiero  dopiero przed 13 dnia następnego, więc zdążyliśmy jeszcze spędzić trochę czasu razem.  Zjedliśmy  dobry obiadek, zaliczyliśmy długi wieczorny spacer. Jak się pewnie domyślacie pogoda była rewelacyjna. Przenocowaliśmy u mnie w hotelu i następnego dnia zjedliśmy razem śniadanie na mieście.

IMG_2094IMG_1946

Bezcenne wspomnienia

Niby nic specjalnego, a jednak wszystko w tym jest specjalne. Nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz uskuteczniam coś takiego. Widziałam się już w ten sposób z kuzynką na Malcie, z siostrą gdy była na Erasmusie w Budapeszcie. Z rodzicami poza Niceą, odwiedziłam jeszcze w Lizbonie. A od września będę kombinować, aby trafić kilka razy do Zagrzebia, żeby znów odwiedzić siostrę podczas Erasmusa.

Uwielbiam, takie przedsięwzięcia, to bardzo ładuje baterie i tworzy niesamowite wspomnienia. Wspomnienia, które będą ze mną na lata. Wspomnienia, o których planuję opowiadać swoim wnukom w długie zimowe wieczory,  siedząc w fotelu przy kominku.  Chyba, że będę jednak miała tego Alzheimera, wtedy dam im do poczytania bloga.

Fot. Moja siostra. Dzięki Agata