Rodzinne święta to rarytas

Samoloty niestety latają cały rok, szczególnie na Bliskim Wschodzie. Nikt się tu nie szczypie. Piątek, świątek. Nikogo to nie interesuje. Co ciekawsze, najczęściej są w pełni obłożone. Tak też było na moim wczorajszym locie do Nicei.

W tym roku, Święta Wielkanocne udało nam się częściowo spędzić razem. W niedzielę zjedliśmy sobie we dwoje  świąteczne śniadanko. Staropolskim zwyczajem, pobyczyliśmy się trochę na kanapie i zjedliśmy równie świąteczny obiad. Popołudnie było już mniej tradycyjne – pojechaliśmy w góry na rower.  Niestety, okazało się, że jest już u nas trochę za ciepło na takie atrakcje. Nie polecam nikomu jazdy na rowerze, w 35 stopniach. O mało nie wyzionęłam ducha!

Niestety, w  poniedziałek świąteczna sielanka musiała się skończyć. Każde z nas poleciało w  swoją stronę. Ja, zaraz z samego rana, poleciałam do Nicei, a Mateusz wieczorem do Singapuru.

20170417_170644

Rodzinne święta to rarytas

Z biegiem lat wciąż uczę cieszyć z małych rzeczy. Ten jeden wspólny świąteczny dzień to był skarb. Długo mi to zajęło, ale chyba udało mi się również zrozumieć jeszcze coś, w mojej sytuacji to chyba najważniejsze: Święta mają to do siebie, że za rok będą następne. Brutalne, ale jeśli masz pracę taką jak moja, to musisz wyrobić w sobie system obronny. Inaczej oszalejesz. Sam proces dochodzenia do tego, nie był łatwy. Ale gdy się udało, moje życie stało się trochę łatwiejsze.

Gdybym mogła, to pewnie, że wolałabym spędzać każde święta w rodzinnym domu i z resztą ferajny. Dla mnie święta to dziki tłum ludzi, bez których nie byłabym tym kim jestem. Tak, mam dość sporą rodzinkę. I choć nie zawsze jest słodko i cukierkowo, a dość często sprawdza się przysłowie, że z rodziną dobrze tylko na zdjęciu, to nie zamieniłabym jej na żadną inną. Niestety, jak do tej pory, a w czerwcu minie 5 lat. Udało mi się spędzić w domu tylko jedne święta Wielkanocne i tylko jedno, to ostatnie, Boże Narodzenie.

Rzeczywistość nie jest taka prosta i oczywista

Temat nie jest dla mnie łatwy. Pierwotnie w każde święta bardzo przeżywałam to, że nie mogę być z rodziną. Często nie widzimy tego co mamy na co dzień. Bierzemy rzeczy za pewnik, przez co doceniamy je dopiero gdy zostaną nam odebrane. Rodzinne święta to rarytas, dopiero teraz to na prawdę rozumiem.

Wiele razy miałam wolne na święta. Niestety, gdy Ty jesteś w Dubaju, a ludzie, z którymi chcesz te dni spędzić, są w Trójmieście, albo w ogóle gdzieś na drugim końcu świata, to tylko wszystko utrudnia. Wolałabym być wtedy w pracy.

20170417_173256

Mój świąteczny dramat sprzed lat

Punktem zwrotnym był numer jaki mi wycięła nasza firma. To było na Wielkanoc, dokładnie 3 lata temu. Mateusz miał zjazd rodzinny we Frankfurcie na Menem. Mieli być jego rodzice i rodzeństwo. Mają tam krewnych, u których planowali się zatrzymać.

Ja, dokładnie w tym samym czasie,  miałam lecieć do Newcastle w Wielkiej Brytanii. Dosłownie w ostatniej chwili, udało mi się namówić koleżankę, żeby się ze mną zamieniła. Miała mi oddać Frankfurt, gdzie mamy 24h nocowania. Idealnie wszystko miało zadziałać. Natalia zgodziła się, ale musiała wylądować ze swojego lotu i dopaść do komputera, żeby to zrobić. Byłam niesamowicie szczęśliwa, że wszystko zaczyna się układać.

Niestety, zanim udało jej się dopaść do komputera, okazało się, że mnie zdjęli z tego lotu. W rezultacie, nie było właściwie czego zamieniać. Perspektywę rodzinnych świąt szlak trafił. Załamałam się wtedy. Rozpłakałam się i nie mogłam opanować..  Obdzwoniłam wszystkich świętych, ale nikogo nie wzruszyła moja historia. Zamiast do Newcastle wysłali mnie do Perth. Nikt się nie szczypał. A ja byłam totalnie rozsypana.

Miałam wyrozumiałą załogę. Jak tylko do nich dotarłam to od razu wszyscy się zorientowali, że coś jest nie tak i dali mi niesamowite wsparcie. Niestety., dla mnie wtedy, to był niesamowity cios. Rodzinne święta we Frankfurcie przeszły mi koło nosa i tylko to się liczyło. Znów byłam sama na święta, a tym razem miało być inaczej.

20170417_171126

Przeznaczenia nie szukasz

Na szczęście, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Okazało się, że przeznaczenia nie da się oszukać. Z Perth wróciłam wcześniej do Dubaju i załapałam się jeszcze na polską mszę w naszym Dubajskim kościele parafialnym.

Na msze wpadła też moja koleżanka, która dzień wcześniej poznała jednego gościa. Paweł był wtedy zupełnie nowy w Dubaju, nikogo nie znał. Przyjechał dosłownie tydzień wcześniej i był totalnie zielony.

O ile z koleżanką,  to raczej nie ma już kontaktu, tak nasza znajomość strzeliła w 10tke praktycznie od razu. Podobnie było, gdy umówiłam chłopaków na randkę w ciemno. Mateusz i Paweł równie szybko się zaprzyjaźnili.

Teraz, 3 lata później, jego żona jest jedną z moich najlepszych koleżanek. I choć przyjaźń ta wcale nie jest łatwa, bo oni już nie mieszkają w Dubaju, to cenię ją sobie bardzo.

Prawda jest taka, że gdyby nie tamta sytuacja z Perth, pewnie nigdy byśmy się nie spotkali. Pracujemy w tak odmiennych środowiskach i tematach, że raczej nasze drogi by się nie przecięły. Tak miało być, choć na początku tego nie rozumiałam, a już na pewno nic umiałam i nie chciałam się z tym pogodzić.

Czy wierze w przeznaczenie?

Nie wiem czy wierze w przeznaczenie, wiem tylko, że wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Szczególnie te sytuacje, na które nie mamy wpływu. Dają nam tym samym szanse, które musimy w porę dostrzec i wykorzystać.

Po każdej burzy przychodzi słońce. Ta sytuacja upewniła mnie tylko w tym przekonaniu. Nawet najtrudniejsze sytuacje muszą przynieść jakieś wymierne korzyści. Nie zawsze je dostrzegamy, nie zawsze one przychodzą od razu, nie zawsze też są tak wymierne jak w tej historii, ale są na pewno.  Wierze, że są zawsze, czasami musimy tylko uzbroić się w cierpliwość i mieć oczy i uszy szeroko otwarte.