Jaka kobieta, takie prezenty

Każda z nas lubi być czasem rozpieszczana przez swojego partnera. Która pogardziłaby bukietem róż, a najlepiej bez okazji. Uwielbiamy dostawać kwiaty, czy drobne prezenty z różnych okazji, ale przede wszystkim oczywiście to bez okazji, ot tak od serca. Czasami wystarczy zwiędły badylek, a my jesteśmy najszczęśliwsze na świecie.

Skąd to się bierze i dlaczego tak jest, to pewnie temat na spore badanie psychologiczne. Ja wiem tylko tyle, że fajnie jest wiedzieć, że pomyślał o nas w ciągu dnia, gdy nie było nas obok. Miło jest też wiedzieć, że się stara, że chce sprawić nam przyjemność.

Dostałam ostatnio cudowny prezent od męża

W moim przypadku jest jednak mały problem. Kwiaty uwielbiam dostawać, jak każda kobieta, ale z praktycznego punktu widzenia, nawet nie mogę się nimi nacieszyć. Częściej mnie nie ma w domu niż jestem. Dlatego, gdy dostanę jakieś kwiatki, to najcześciej kończy się to tym, że dzień, w którym jest otrzymałam, jest tez jedynym dniem kiedy mogę nimi nacieszyć oko. Nawet najbardziej wytrzymałe kwiatki, pozwalają mi się nimi nacieszyć tylko chwile. Wystarczy, że muszę wyjść do pracy i jak wracam, po 3 dniach, kwiatki nadają się w śmietnik.

Mój chłop przeszedł jednak ostatnio samego siebie. Zrobił mi niesamowitą przyjemność i frajdę. Nie da się ukryć, że jaka żona takie prezenty, dlatego zamiast kwiatów dostałam banknot 10cio dolarowy. Ale uwaga to nie były, jakieś tam zwykłe dolary amerykańskie, czy australijskie. Ja dostałam 10 dolarów z Fidżi!

 

Moje pamiątki z wakacji

Każdy z wyjazdów przywozi sobie inne pamiątki, sporo osób zbiera np. magnesy czy inne durnostójki. Ja tutaj jestem chyba dość oryginalna, a przynajmniej do tej pory nie spotkałam jeszcze nikogo kto miałby kolekcje podobną do mojej. Zbieram banknoty i monety z danych państw. Najczęściej z tych, w których byłam, ale moja kolekcja rozrasta się dość ciekawie.

Ostatnio mam bardzo różne źródła pozyskiwania nowych okazów. Kilka raz po postu znalazłam coś w samolocie. Tak trafił do mnie banknot z Bangladeszu, czy monety z Bahrajnu i Maroko. Potem trafiłam do tych państw i z duma uzupełniłam kolekcje.

Kilka walut zwyczajnie odkupiłam od znajomych, którzy albo właśnie wrócili z danego kraju, albo mieszkają tam na stałe. Tak trafiło do mnie kilka różnych banknotów z Egiptu, Iranu i Kataru. Monety z Izraela przywieźli mi rodzice, którzy mieli przyjemność odwiedzić to miejsce. Mam tez całkiem kilka nominałów z Arabii Saudyjskiej, ale to temat na osobnego posta. W Saudii nigdy nie byłam i raczej się tam nie wybieram. Inna sprawa, że nikt nie tam zwyczajnie nie wpuści.

Mateusz już kiedyś przywiózł mi 500 seszelskich Rupii. Brakowało mi ich w mojej kolekcji z tego kraju. Kilka razy byłam na Seszelach, ale nigdy nawet nie wpadł mi w ręce taki banknot, jest śliczny… sami zobaczcie. Tym razem Mateusz przywiózł mi z Tunezji 10 dolarów z Fidżi. Zaskoczył mnie tym totalnie. Dolary z Fidżi w Tunezji?!

W razie kryzysu zbić szybkę…

Od samego początku mojej kariery lotniczej i podróży w egzotyczne zakamarki, zafascynowała mnie różnorodność banknotów i walut tych wszystkich miejsc. Szybko stwierdziłam, że to będą unikatowe pamiątki i postanowiłam, zamiast kupować kolejnych durnostojek made in china, zbierać właśnie te waluty.

Ma to kilka dodatkowych atutów.  W razie kryzysu zbić szybkę – raz zdarzyło nam się spieniężyć moja kolekcje. Oczywiście nie całą, bo część z tych walut nie jest zbyt wiele warta, albo po prostu nie można ich wymienić w Dubaju, ale mimo to, okazało się, że całkiem sporo pieniążków tam zachomikowałam. Oczywiście, jak tylko kryzys minął, to szybko i ochoczo zaczęłam odzyskiwać moje eksponaty.

Cała tak kolekcja ma jeszcze jeden bardzo ukryty sens i dla mnie bardzo motywujący aspekt. Podczas jednego wyjazdu, który trwa najczęściej 24h, nie mam możliwości zebrać wszystkich nominałów z danej waluty. Daje mi to motywację, do kolejnych lotów do danego państwa. Magnes, raz kupisz i masz. Jeden wyjazd jeden magnes, a walutę możesz zbierać i podmieniać cały czas. Never ending story.

Nie będę ściemniać. Prawda jest taka, że na razie zbieram głównie te bardziej egzotyczne waluty. Te bardziej wartościowe, który mogę się jeszcze przydać, albo zostawiam sobie z założeniem, że będą na wakacje, tak jak np. dolary nowozelandzkie czy australijskie. Ja na prawdę wierze, że nasze plany na wakacje w tych krajach kiedyś wreszcie uda się zrealizować. Niestety, jak do tej zawsze jest coś ważniejszego do zrobienie podczas urlopu. Życie, ale nadzieja zawsze umiera ostatnia. Szkoda mi też chomikować euro czy dolary: amerykańskie, te waluty wole wpłacić na konto.

Skąd Mateusz wziął w Tunezji dolary z Fidżi?

Jak dostałam swój prezent to nie mogłam uwierzyć własnym oczom. FIDŻI?!! Skąd on wziął dolary z Fidżi, i to w Tunezji. Długo się ze mną droczył i nie chciał powiedzieć. W końcu to z niego wyciągnęłam, choć mogłam sama na to wpaść, ale niestety.

Okazało się, że podczas kolacji z załogą, Mateusz wpadł na pomysł i zapytał swojego Pursera, (szefa pokładu), który pochodził z Fidżi, czy przypadkiem nie ma przy sobie jakiś nominałów ichniej waluty. Okazało się, że miał. Szybko przeliczyli na telefonie wartość tych 10 dolarów i Mateusz za 20 dirhamów (równowartość ok 20 zł) kupił mi jeden z fajniejszych prezentów, jakie kiedykolwiek od niego dostałam.

Mały gest, drobny gest, jak widać nie musi kosztować dużo, a ile może sprawić przyjemności. Nie wiem co mnie bardziej ucieszyło to, że w ogóle wpadł na tak genialny pomysł (bo ja nie wpadłam, a kiedyś już leciałam z tym Purserem), czy poszerzenie mojej kolekcji o taki unikat. Jedno jest pewne. Mimo upływu lat mój mąż wciąż potrafi mnie zaskoczyć. I to pozytywnie! Z dumą stwierdzam, że jak dla mnie to mam najlepszego męża na świecie. Mógłby jeszcze sprzątać te brudne skarpetki zamiast trzymać je pod łóżkiem, ale cóż… nie można mieć wszystkiego.