To ja Malala, czyli co nie co o Pakistanie, w którym nie byłam… i raczej prędko nie pojadę

Malala Yousafzai to najmłodsza laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, a To ja Malala, to tytuł jej książki, którą niedawno przeczytałam.  Malala nie napisała tej książki zupełnie sama, ale autorki opisują w niej głównie historie jej życia i sytuację kobiet w Pakistanie. Jest też wiele o historii, polityce i sytuacji ekonomicznej tego kraju.

Znam wielu Pakistańczyków, a nasze linie latają w kilka miejsc w tym kraju. Większość z nich Malala opisuje w swojej książce.  Islamabad, Karachi, Peszawar i Lahore to miejsca, do których leciałam, i o których dość dużo wspomina Malala.  I choć dosłownie, nigdy nie postawiłam stopy w Pakistanie, to jednak  co nie co widziałam z samolotu.

Sama świadomości gdzie są te miejsca i co się tam dzieje, sprawia, że książkę zupełnie inaczej mi się czyta. Moje wrażenie, że znam to miejsce jest może mocno przesadzone, ale byłam w Indiach i Nepalu i podejrzewam, że warunku w jakich żyją mieszkańcy tych państw są dość zbliżone do Pakistanu. Pozwala mi to, chyba dość wiarygodnie, wyobrazić sobie miejsca i warunki o jakich piszą autorki.

Czy my nie wylądowaliśmy właśnie w czyimś ogródku?

Lahore i Peszewar to były moje dwa pierwsze loty, jeszcze w ramach szkolenia. Miałam wtedy okazje siedzieć w kokpicie podczas startu i lądowania. Choć było to prawie 5 lat temu, to do dziś świetnie pamiętam lądowanie w Lahore i jestem pewna, że raczej szybko go nie zapomnę. Podchodząc do lądowania, zza chmur wyłoniły nam się nagle góry. Piloci wydali mi się nimi trochę zaskoczeni, ale nie to było najbardziej zaskakujące. Samo lotnisko, zrobiło na nie piorunujące wrażenie.  Jak wyobrażacie sobie międzynarodowe lotnisko?? Gwarantuję Wam, że nie tak! Wrażenie miałam jakbyśmy wylądowali komuś w ogródku. Piloci też byli tym dość zaskoczeni. Odniosłam wrażenie, że  wręcz się zgubili, co nie było dla mnie zaskoczeniem. Widziałam jak oznaczone było to lotnisko i wydało mi się to dość skąpe i wybrakowane. Jak się potem okazało nie tyle się zgubili co byli dość mocno zaskoczeni terminalem, przy którym mieli zaparkować. Terminal to dość duże słowo do określenia tego baraku, choć rzeczywiście pełnił taką rolę. Jego wygląd…  nie umiem tego pisać… barak, rudera, to mało powiedziane.

Pies na biegający po płycie lotniska

W Peszawarze nie było lepiej. Tam pasażerowie przybiegli do nas z baraku, który miał farbą nabazgrany spory napis Arrivals. Gdyby nie ten napis w życiu bym się nie domyśliła, że to terminal. Chodzą plotki, że nasza linia, aby w ogóle tam lądować musiała sobie sama pas wylać. Nie chce mi si w to jednak wierzyć, biorąc pod uwagę, że nie jesteśmy jedynym przewoźnikiem, który tam lata. Obstawiam raczej zrzutkę kilku linii.

Kilka lat później znów operowałam lot do Peszewaru. Dość długo czekaliśmy na pasażerów, więc wyszłam na schody, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. To co zobaczyłam wprawiło mnie w osłupienie. To, że na dole tych schodów, stał gość uzbrojony po zęby i pilnował wejścia, to właściwie mnie już nie rusza. Nie w takie miejsca się latało. 😛 To nie jedyne miejsce, w którym mamy taką kontrolę. Zaskoczył mnie jednak jakikolwiek brak, nawet prowizorycznego, płotu wokół lotniska. Dodatkowo, w odległości może 200 metrów od naszego samolotu, w namiocie, albo czymś co mi przypominało namiot, mieszkała rodzina, a dookoła  biegały dzieci. W trakcie jak tam stałam, tuż za naszym samolotem,  przejechał na skuterze jakiś facet. Ot tak sobie wjechał na lotnisko.  Na normalnych lotniskach, jak np. Warszawa czy Dubaj jest to nie do pomyślenia. Nawet operująca załoga nie może, ot tak chodzić sobie po płycie. Na żadnym lotnisku w Europie, czy w innych, w miarę rozwiniętych krajach, nie ma takiej opcji. A już kopara mi zupełnie opadła, jak pilot zaczął opowiadać co się działo gdy kołowaliśmy na pasie. Okazało się, że pod kołami samolotu przebiegł pies. Wyobrażacie sobie psa biegającego swobodnie na pasie startowym? W ogóle po płycie lotniska? Na normalnych lotniskach, nawet jeśli jakiś ucieknie z klatki, to na każdym, spowodowałoby to paraliż i zamknięcie płyty, wstrzymanie startów i lądowań. Ale nie w Pakistanie!

iammalala

Obfitujące w przygody Karachi

Tylko na temat Islamabadu nie mam żadnych anegdot. Historie z Karach nie są moje własne, ale też jest o czym pisać. W Karachi nasze linie miały kilka przygód. Jedna z nich wymagała interwencji straży pożarnej. Nie wiem na ile to prawda, ale podobno niektórzy strażacy wpadli do tego samolotu bez butów.

Malala w swojej książce dość sporo pisze o poziomie niebezpieczeństwa w tym mieście. Niestety, ale kilku moich kolegów, pracujących w obsłudze naziemnej, doświadczyło tego na własnej skórze. Kilka lat temu, obleciał nas strach gdy dowiedzieliśmy o ofiarach śmiertelnych wśród pracowników naszej firmy,  podczas ataku terrorystycznego na tym lotnisku. Kilku Talibów wpadło na pomysł, że porwą nasz samolot. Choć samolot udało się ocalić to niestety, nie obyło się wtedy bez ofiar śmiertelnych.

Zastanawiacie się dlaczego wciąż latamy w to miejsce? Ja też! Odpowiem Wam tak… 6 pawie zawsze pełnych lotów i to dziennie? Wymowne? No cóż, biznes is biznes. Na jednym z lotów z Bagdadu rozmawiałam kiedyś z Brytyjczykiem, który twierdził, że jest szefem ochrony tamtejszego lotniska. Tłumaczył mi, że to co wydarzyło się w Karachi to był incydent, który w dzisiejszych czasach, może zdarzyć się wszędzie. Tam podobno nie ma nie ma  permanentnego zagrożenia terrorystycznego.  Pozostaje mi wierzyć, że ma racje. Jest kilka miejsc, w które przestaliśmy latać, więc chcę wierzyć, że gdyby było inaczej, to zawiesili by i ten kierunek. Musze wierzyć w to, żeby spokojnie pójść jutro do pracy.

Książkę Malali czyta się rewelacyjnie – łatwo i przyjemnie, choć treści nie zawsze są takie łatwe i przyjemne. Otwiera oczy na sytuację w tym kraju i pozwala zrozumieć, że Islam i Talibowie to nie do końca to samo.  Bardzo krzywdzące jest identyfikowanie, każdego muzułmanina z Talibem. Co z tego, że każdy terrorysta jest islamistą, skoro nie każdy muzułmanin jest terrorystą.

wpid-facebook_1412936679943