Przelot nad Warszawą, czyli o tym jak oddałam swoje życie w cudze ręce.

Życie stawia nas w bardzo różnych sytuacjach. Jednak co by się nie działo, to staramy się mieć nad tym jakąś kontrolę, albo chociaż jej złudzenie.  Gdy wsiadłam do tego małego samolociku bardzo szybko zostałam pozbawiona jakichkolwiek złudzeń. Jeszcze nigdy w życiu nie zależałam tak – od nikogo.

Lubię kontrolować.

Wraz z  opuszczeniem  rodzinnego gniazda zakończył się, w moim życiu, okres bezpośredniej zależności. A nawet wtedy łatwo mi to nie przychodziło. Bardzo cenię sobie możliwość decydowania o sobie. Z natury jestem raczej indywidualistką, która musi wszystko kontrolować. Lubię trzymać rękę na pulsie i mieć poczucie, że ogarniam daną sytuację. Wsiadając do tego kukuźnika, pierwszy raz od dawna, straciłam całkowitą kontrolę,  kontrolę nad wszystkim, kontrolę nad moim życiem!

Jak oddać swoje życie, to tylko w dobre ręce

Ufam swojemu mężowi, w końcu to chyba podstawa każdego małżeństwa. Ale… Ufać mu w kwestiach zwyczajnych, codziennych, że nie dosypie mi cyjanku do herbaty, ani nie puści z torbami, to jedno, a powierzenie mu mojego życia, to zupełnie coś innego. W ogóle nie sądziłam, że będzie to dla mnie wyzwaniem. Nie sądziłam, że będę to tak odbierać.

U nas w domu to ja najczęściej wszystko kontroluję, planuję i wymyślam alternatywy. Tym razem sytuacja się zupełnie odwróciła. Byłam bezbronna i zupełnie zależna. Na szczęście oddałam swoje życie w dobre ręce

Ja nie mam zielonego pojęcia o lataniu. O dużych samolotach, o awiacji, o pracy stewardessy, o wszystkim co dookoła, to coś tam wiem. W końcu w pracy obiło mi się to i owo o uszy. Jednak o lataniu, dosłownie, to już nie wiem nic. Technicznie o samolocie nie mam zielonego pojęcia. A w dodatku fizyka nigdy nie była moją mocną stroną. I dalej zupełnie nie rozumiem jakim cudem to w ogóle lata. Meteorologia już prędzej, ale też zatrzymałam się na wiedzy z liceum, czyli raczej jest to zakres dość podstawowy. Także nie wiem nic, co mogłoby zwiększyć moje szanse na przeżycie w tym małym samolocie. Dość szybko zdałam sobie z tego sprawę. Uświadomiłam sobie, że straciłam kontrolę i to tak totalnie. Pierwszy raz od bardzo dawna, jestem zupełnie bezbronna. Jakby coś się działo, cokolwiek, to ja nie jestem wstanie nic zrobić. Wszystko, ale tak zupełnie wszystko, zależy od Mateusza, jego kompetencji i umiejętności. Moje życie jest w jego rękach, a ja nie mam na to żadnego wpływu. Ile razy zdarzyło Wam się powierzyć komuś życie? Tak dosłownie życie?

Duże samoloty to zupełnie inna kwestia

Teoretycznie w dużych samolotach też oddajesz swoje życie w cudze ręce. O tyle gorzej, że są to zupełnie obce ręce.  Znam  jednak nie wielu ludzi, którzy myślą o tym w ten sposób. W tych wielkich autobusach  tego się tak się nie odczuwa. A przynajmniej ja, zupełnie tego tak nie odczuwam. W dużych samolotach to wszystko ginie w tłumie. Do tej pory nigdy mi to nawet nie przyszło do głowy. A trochę już się nalatałam w życiu. Dla mnie lot samolotem, jazda pociągiem czy autobusem, to jedno i to samo. Różnią je tylko odległości i oprawa przed wejściem na pokład. Tak jak zależysz od konduktora, kierowcy, tak samo zależysz od pilotów. Z tą przewagą, że ich jest dwóch, w przeciwieństwie do kierowców.

Lot tym małym samolotem otworzył mi oczy. Poczułam co to znaczy prawdziwe latanie i prawdziwa zależność. Do tego stopnia, że zastanawiam się nad zrobieniem podstawowej licencji. Tak na wszelki wypadek i dla własnego bezpieczeństwa. No dobra… dla frajdy też. Nie zmienia to jednak faktu, że za każdym razem jak wsiadasz do takiego małego samolotu, musisz bezgranicznie wierzyć w kompetencje swojego pilota. Teraz wiem też, że skoro nie czujesz, że lecisz, to nie czujesz, że tracisz kontrole.  Ja ją straciłam. Ale na szczęście oddałam życie w dobre ręce.