Ludzkie oblicze korporacji. Czy to w ogóle możliwe?

Wielkie korporacje nie cieszą się zbyt dobrą sławą. Wiele opinii na temat pracy w tych molochach, jest zasłużonych. Zdecydowanie, nie wzięły się one z powietrza. Ciekawe jest jednak, że są to machiny, nad którymi wciąż się pracuje, ulepsza, a tym samym przechodzą nieustanne zmiany. Wiele z tych zmian dotyczy podejścia do pracowników, szczególnie w  korporacji, dla której pracuję.

Linia lotnicza, która zatrudnia ponad 25 000 osób – samego personelu pokładowego, to z pewnością, jedna z większych korporacji w regionie, a może nawet na świecie. To jest tylko przybliżona liczba załogi latającej, takiej jak ja. Do tego trzeba doliczyć jeszcze, przynajmniej dwa razy tyle ludzi, którzy pracują w obsłudze naziemnej, ale też managerów, marketingowców, HR-ów i wiele wiele innych osób, które sprawiają, że dany lot dochodzi do skutku.

Z pewnością, zarządzanie takim wielkim zespołem, to nie lada zadanie, wymagające przejrzystych i sumiennie egzekwowanych zasad. Jak się jednak okazuje i te zasady ulegają zmianie. Wobec załogi latającej do tej pory nie było kompromisów, szczególnie jeśli chodzi o punktualność i przygotowanie do lotu.

Jak egzekwują punktualność?

Punktualność w awiacji jest bardzo ważna i stanowi niesamowite wyzwanie. Tak ogromna liczba elementów i niezależnych etapów musi zostać staranne dograna w czasie i przestrzeni, że bardzo łatwo o opóźnienia. Dlatego też firma, w której pracuję wymaga od załogi bezwzględnej punktualności.

W pracy muszę się stawić na 2 godziny przed planowanym odlotem samolotu. Naszą punktualność egzekwuje bramka, która otwiera się w określonym czasie, na 25 minut. Jeśli przez nią w tym czasie nie przejdę, to nie ma zmiłuj. Z bramką się nie dogadasz, bramki nie ubłagasz, nawet jeśli zabrakło Ci kilku sekund. Nie ma zmiłuj.

Jednak punktualność to nie wszystko.

Do każdego lotu musisz też być odpowiednio  przygotowany. Chodzi tu głownie o elementy uniformów, ale także wszelkie niezbędne dokumenty, a tych jest całkiem sporo.

Do niedawna mundur sprawdzano nam przed każdym lotem. Nie tylko czy jest czysty, ale też ilość guzików przy mankietach, czy perfekcyjność fryzury u dziewczyn. Najbardziej niezręczne było jak kierownik, który był facetem, sprawdzał czy mój stanik, pod kremową koszulą, ma odpowiedni kolor. Jedni kazali wysuwać ramiączka, a inni po prostu gapili mi się na cycki i wypatrywali stanika. Powinien być cielisty albo biały, więc jak nie widać – znaczy dobrze. Trzeba jednak przyznać, że mimo wszystko, zdecydowana większość kierowników, sama czuła się w tym niezręcznie. W końcu mieszkamy w arabskim kraju, gdzie kobiety zakrywają nawet twarz, tym bardziej głupio wypatrywać stanika. Dlatego pewnie, wielu w ogóle darowało sobie aż taką dokładność i ograniczali się do sprawdzenia ilości guzików w marynarce. Na szczęście firma też poszła, w końcu, po rozum do głowy i od kilku miesięcy te kontrole zostały zniesione. W to miejsce powstała tzw. Fashion Police, która dalej ma nas sprawdzać, ale teraz robią to na wyrywki.

O ile kwestie uniformu i wyglądu można jeszcze jakoś podratować, tak jeśli nie masz wymaganych dokumentów, to nie ma zmiłuj. Przed każdym lotem sprawdzane jest zarówno ich posiadanie, jak i termin ważności. Dotyczy to niezbędnych wiz, licencji lotniczych, paszportu, ale także książeczki szczepień. W tym temacie nie ma kompromisów.

A co jeśli nie mam wymaganych dokumentów?

Na własnej skórze przetestowaliśmy z Mateuszem procedury, którym podlega załoga, w przypadku braku jakiegoś dokumentu. Dlatego wiem też, że te procedury i wyciągane konsekwencje ulegają zmianie. Nie będę ukrywać, że obecnie mają trochę bardziej ludzki wymiar.

Jakiś czas temu… Nie pamiętam dokładnie, ale 2 lata co najmniej. Mateusz zapomniał zabrać ze sobą paszport. Sytuację dość sprawnie opanowaliśmy. Ja byłam wtedy w domu i mogłam mu go dość szybko dowieźć. Miał też sporo szczęścia. Pogoda sprawiła, że jego lot do Pragi był opóźniony o kilka godzin. Opóźnienie wyszło, zanim jeszcze załoga opuściła firmę, więc wszyscy siedzieli tam i czekali na rozwój wydarzeń. W między czasie, ja zdążyłam mu ten paszport dowieźć i mógł spokojnie operować lot.

Niestety, po powrocie z Pragi okazało się, że konsekwencje go nie ominą. Został zaproszony, przez swojego managera, na kawę ale taką bez mleka i cukru. W efekcie opóźnienia i mojej interwencji, właściwie nic się takiego nie wydarzyło. Operował ten lot, jak gdyby nigdy nic. Na spotkaniu dowiedział się jednak, że to nie miało znaczenia i zupełnie nie łagodziło konsekwencji jakie i tak miał ponieść. W rozmowie, zasugerował, że zamiast się wysilać i mobilizować mnie, mógł po prostu pójść do domu i mieć wolne popołudnie. Usłyszał wtedy, że gdyby tak zrobił, to nie miał by tych godzin wylatanych, za które przecież mu normalnie zapłacą. Jak się domyślacie nie było to zbyt motywujące i wyszedł stamtąd wściekły.

Co się zmieniło?

Ostatnio mieliśmy okazję zorientować się jak sytuacja wygląda obecnie. Jeśli nie czytaliście mojej przygody z torebką to tu możecie to nadrobić. Tydzień zajęło mi skontaktowanie się z moją Panią manager. Już sam fakt, że nie chciała się spotkać tylko załatwić sprawę telefonicznie, był dla mnie dużym zaskoczeniem. W końcu udało nam się dopasować jej godziny pracy do mojego wolnego. Managerowie kontaktują się z nami tylko, i wyłącznie, w trakcie naszych dni wolnych, ale oczywiście tylko, i wyłącznie, podczas swoich dni roboczych. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego ich dni wolne są święte a nasze nie. Jawna niesprawiedliwość, ale jak zawsze: są równi i równiejsi!

Gdy udało nam się wreszcie zgrać terminy to w rozmowie telefonicznej przekazała mi dobre, ale przede wszystkim bardzo zaskakujące wieści. Zapytała mnie oczywiście co się stało i czego się z całej sytuacji nauczyłam, jakie wyciągnęłam lekcje. Typowa pogadanka, ale przede wszystkim powiedziała, że owszem zanotuje sobie tą sytuację, ale… nie będzie wyciągać żadnych konsekwencji. Nic totalnie! Nawet wpisu do akt nie będzie, ani ostrzeżenia pisemnego, czyli nic z takich typowych rzeczy, które do tej pory stanowiły elementy terroru załogi. Byłam w szoku, ale też poczułam mega ulgę. Gdzieś tam obiło mi się o uszy, że firma złagodziła procedury, ale nie sądziłam, że to prawda.

Wychodzi na to, że w tak wielkich korporacjach, wszelkie zmiany wymagają sporo czasu, ale są możliwe. Choć nie mam złudzeń, że dalej pozostaje tylko numerem w wielkiej machinie, to jednak miło jest poczuć, chociaż od czasu do czasu, że jednak widzą w Tobie człowieka. Człowieka, który ma prawo do błędów i niedoskonałości, roztargnienie czy  zapominanie.

Fot. Thomas Brault