W awiacji nie ma miejsca na błędy, czyli dlaczego do Houston, jednak nie doleciałam

W awiacji  nie ma miejsca nawet na drobne błędy. Mój błąd w gruncie rzeczy nie był mały, ale jak o tym myślę i o tym opowiadam, to wydaje mi się bardzo banalny i głupi.  Po raz kolejny los ze mnie zakpił, choć właściwie…  Raczej ja sama, znów zrobiłam siebie w jajo.  Za każdym razem gdy próbuje na blogu coś zaplanować, zapowiedzieć… szlak wszystko trafia. I tak było tym razem. Napomknęłam ostatnio o podróży do Houston. No cóż, tyle mojego co sobie pojeździłam palcem po mapie.

Wyszłam z domu przekonana, że lecę do Houston. Przeszłam kontrole paszportową, a właściwie bramkę, na której przeciągam mój elektroniczny a’la paszport. Zdążyłam nadać moją walizkę, gdy nagle poczułam, że coś się nie zgadza. Czegoś mi brakuje! Jakoś mi tak dziwnie lekko! I wtedy mnie olśniło…  . Nie mam mojej podręcznej torebki.

W tej samej sekundzie, adrenalina skoczyła mi niesamowicie. Ledwo byłam wstanie myśleć. Przez głowę przebiegło mi tyle myśli, że mnie przygniotły. Kluczowe pytanie brzmiało: Gdzie ja ją do licha zostawiłam? (wersja ocenzurowana oczywiście) Samochód? Nie chyba nie. W domu?! Tak, chyba na biurku.

20170307_130022

Zamiast w Houston, zupełnie nie przygotowana do zimowej pogody,  wylądowałam w Dublinie

Co trzymam w swojej poręcznej torebce jadąc do pracy?

WSZYSTKO!!  Od telefonu, przez klucze do domu i portfel, aż po najważniejsze (z punktu widzenia mojego pracodawcy, nie mojego, w tamtej chwili) wszystkie niezbędne dokumenty, licencje i paszport.

W pierwszej chwili mnie zatkało, zupełnie nie wiedziałam co zrobić. Pierwsza myśl – zadzwonić do Mateusza i go zatrzymać. Dopiero co mnie wysadził, więc nie mógł daleko odjechać. Pomysł genialny… tylko telefon to ja mam w torebce.

Druga myśl – muszę się dostać do domu. Ale jak? Pieniądze na taksówkę – mam w  torebce, klucze do mieszkania – mam w torebce. Gosh, ja wszystko mam w tej durnej torebce.

Musiałam zgłosić się do odpowiednich osób i wyjaśnić moją sytuację. W mig zdjęli mnie z tego lotu. Dali kwitek żeby mnie kontrola bezpieczeństwa i paszportówka wypuściły. Odebrałam swoją  walizkę,  ale co z tego, skoro dalej nie miałam jak zadzwonić, ani jak się dostać do domu.

20170307_130142

W Dublinie bez zimowych ciuchów odważyłam się tylko obejść hotel dookoła.

I co teraz?

Oczywiście jako wzorowa żona, bez mojego telefonu to ja nawet nie znam numeru do własnego męża. Poprosiłam więc zupełnie przypadkowego gościa, który akurat stał obok z telefonem w ręku, żeby mi znalazł jego numer w naszej służbowej aplikacji. Od tylu lat nie mogę zapamiętać tego numeru, a wtedy… wystarczyło, że raz mi go przeczytał i pamiętam go do teraz. Od razu próbowałam do niego zadzwonić z biura, zanim jeszcze dokonaliśmy formalności ze zdjęciem mnie z  lotu, ale niestety. Mateusz właśnie parkował w naszym centrum szkoleniowym  i nie mógł odebrać. Gdy już odebrałam walizkę udało mi się jeszcze raz  namówić kogoś żeby mi udostępnił telefon stacjonarny.

Dopiero za trzecim razem udało mi się dodzwonić do Mateusza. W ogóle się mnie nie spodziewał,  w końcu miałam być w drodze do Houston. Jak zobaczył, że dzwoni do niego ktoś z pracy sam zaczął się denerwować. To nigdy nie wróży nic dobrego, ale zupełnie nie przyszło mu do głowy, że to może mieć związek ze mną.Wyjaśniłam mu szybko całą sytuację i dowiedziałam się gdzie zaparkował auto. Jedynym rozwiązaniem jakie byłam wstanie, na tamtą chwilę, wymyślić, to złapanie służbowego, a co najważniejsze darmowego, autobusu z kwatery głównej, w której się znajdowałam, do centrum szkoleniowego, w którym był Mateusz i nasz samochód.

Tak miałam głęboko wkodowane, że to co normalnie mam w torebce,  mam zawsze przy sobie, że powiedziałam Mateuszowi, o wielkim  szczęściu, jakim miały być  klucze, które myślałam, że  mam przy sobie. Trochę się zdziwił, ale nic nie powiedział. Stwierdził, że chyba wiem co mówię. Błąd taktyczny. Dopiero w busie się ogarnęłam i zdałam sobie sprawę, że przecież nie mam kluczy przy sobie. Znów musiałam zorganizować jakiś telefon, żeby do niego zadzwonić i zapytać, gdzie dokładnie ma zajęcia i oświecić, że zabieram jego klucze.

Torebka stała, dokładnie tam gdzie ją zostawiłam, czyli na moim biurku. Wpadłam tylko do domu i zaraz ruszyłam z powrotem. Houston mi przepadło bezpowrotnie, ale żeby ratować skórę musiałam stawić się jak najszybciej na tzw. standby lotniskowy. Miałam siedzieć przez 4 godziny i czekać, czy firma będzie mnie potrzebowała czy nie. Czy wyciągną mnie,w zamian za innego ancymona, któremu też coś nie wyszło, albo się rozchorował, czy też nie będę potrzeba. Lepiej dla mnie, żeby była potrzebna.

W Houston pogoda miała być raczej wiosenno – letnia, więc tak byłam spakowana. W drodze do domu, przez moment przyszło mi do głowy, żeby zabrać ze sobą kurtkę zimową,  ale szybko stwierdziłam,że przecież poranna Europa już poleciała, a wszędzie indziej jest raczej ciepło. Zupełnie nie przyszło mi do głowy, że idąc na standby, który potrwa 4h, załapię się na fale popołudniowych lotów w tamtą stronę. I tak, zamiast w Houston, wylądowałam w Dublinie, w którym troszkę mi zmroziło dupkę, a zaraz potem w słonecznym Entebbe w Ugandzie, z którego teraz Was serdecznie pozdrawiam.

20170309_163007

Wychodziłam właśnie z pokoju. Welcome to Afrika

Jak mogłam nie wziąć torebki?

Do tej pory się zastanawiam. Wychodziliśmy razem i to Mateusz kluczył mieszkanie, prowadził auto. Żeby było śmieszniej pół drogi analizowałam, czy wszystko mam. We wszystkim odpowiedź była jedna – tak, włożyłam to do torebki. Tylko szkoda, że jej nie zabrałam. Idąc do pracy zawsze jestem obładowana. W lewej ręce zawsze mam torbę kabinową, w prawej walizkę. I jakimś cudem tego dnia nie zauważyłam, że nic nie wisi mi na ramieniu. Zdarzyło mi się to pierwszy raz od 5 lat. Owszem wyszłam z domu kilka razy bez torebki, ale nigdy nie doszłam dalej niż do windy. Aż do teraz.

Teraz pozostaje mi tylko czekać aż zapadnie wyrok w mojej sprawie. Mogę pogrozić mi palcem i wpisać incydent do akt, albo bardzo mocno mnie udupić. Wyrok zostanie ogłoszony w niedziele. Także trzymajcie za mnie kciuki.