Dolecimy do tego Manchesteru, czy nie dolecimy?

Pogoda potrafi być bardzo kapryśna i nieprzewidywalna. A w awiacji wciąż próbuje się ją przechytrzyć. Są jednak sytuacje, w których Matka Natura nie daje za wygraną. Udowadniając nam,  gdzie nasze miejsce.

Tak było i tym razem, gdy nad Wielką Brytanią szalał huragan Doris, a zarówno ja, jak i Mateusz właśnie zmierzaliśmy w tamtym kierunku.

Podczas huraganu Doris, pogoda w UK nie rozpieszczała.  Nie ma co ukrywać, że mieliśmy sporo szczęścia. Ze względu na Doris, nad Mateuszem wisiało widmo opóźnienia jego lotu z Dublina. Natomiast mój lot do Manchesteru miał dwie perspektywy. 1. Wisimy nad miastem aż pogoda się poprawi, albo opcja 2. lądujemy na innym lotnisku.

Jak ktoś nie słyszał o Doris, to proponuję filmik i jeszcze jeden

Większość załogi żyła tymi scenariuszami calutki lot. Wszyscy się modlili abyśmy dolecieli do Manchesteru, nigdzie indziej. Mi tam było wsio ryba, w którym mieście w UK wylądujemy. Zakładając najgorszy scenariusz, czyli lądowanie na innym lotnisko, to jedyne co mnie właściwie martwiło, to przedłużająca się w nieskończoność służba, perspektywa wściekłych pasażerów i  konsekwencje w postaci ewentualnych zmian w grafiku. Jednak byłam w zdecydowanej mniejszości.

10 na 22 osoby z załogi pochodziło z Manchesteru, więc lecieli do domu, gdzie czekały na nich rodziny i przyjaciele. A jeszcze kilka innych osób ma tam znajomych, czy narzeczone jak np. jeden z pilotów. W zasadzie to chyba tylko ja zakładałam, że w Manchesterze będę się wylegiwać, ewentualnie pójdę na spacer, przewinę facebuczka, poczytam gazetkę. Planowałam 24h totalnego luzu więc… czy w Manchesterze czy innym Londynie, co za różnica.

Adrenalina prawie wszystkim skoczyła, jak doszła do nas wiadomość, że wcześniejszy lot do Manchesteru, nie doleciał tam. Wisieli w powietrzu ile mogli, licząc,  że Doris sobie pójdzie. Jednak, jak zaczęło im się kończyć paliwo, a huragan dalej nie ustępował, to musieli zawrócić do Londynu. Nie zazdroszczę. Nie wiem, kto był bardziej wściekły na taką kolej rzeczy. Załoga czy pasażerowie?

Oni wylecieli z Dubaju raptem 7h wcześniej. Niby nie dużo, a jednak. Do Manchesteru latamy 3 razy dziennie i to ten jeden lot przed moim, nie doleciał tam. Dużo nie brakowało, a moglibyśmy to być my.

man

Trochę się tych kółek nakręcili nad tym Manchesterem.

Na ziemi szybko okazało się, że w naszej firmie, wszyscy Brytyjczycy z Manchesteru się znają i zaraz ktoś, coś znalazł na Facebooku. Jak zawsze w takich sytuacjach są wygrani i przegrani. Załoga, która miała zabrać ten samolot z powrotem do Dubaju. zacierała ręce bo dostali kolejne 24h w Manchesterze. A co z załogą operująca? No cóż, nikt nic nie wie.

Obstawiam dwa scenariusze, które wydają się najbardziej racjonalne. Co oczywiście w żadnym stopniu nie musi pokrywać się z rzeczywistością.

  1. Załoga została na 24h w Londynie a potem wrócili  do Dubaju jako tzw. Dead head, czyli załoga nie operująca.
  2. Z pasażerami na pokładzie zatankowali i polecieli z powrotem do Manchesteru, jak tylko pogoda się poprawiła.

Oba scenariusze mają równie dużo luk, których nie jestem wstanie wypełnić. Puki nie spotkam kogoś z tego lotu, albo kogoś kto miał kolegę na tym locie, albo kolegę kolegi, to się nie dowiem jak było na prawdę.

Jedyne wiarygodne źródło informacji, jakim na tą chwilę dysponuję to Flight Radar. Daje on możliwość wyśledzenia  samolotu na postawie numeru rejestracji. Jednak, jedyne czego się dowiedziałam na tej podstawie to to,  że samolot siedział jakieś 20h na lotnisku w Londynie. A co w tym czasie robiła załoga? Czy samolot wracał pełen pasażerów czy pusty? Te pytania wciąż pozostają bez odpowiedzi.

No właśnie, a co w tej sytuacji z pasażerami?

Tu scenariuszy jest duuużo więcej. Biorąc pod uwagę, że nasze samoloty, które latają na tej trasie, zabierają naraz  prawie 600 osób i najczęściej są pełne, albo prawie pełne, to jedno wiem na pewno… Dobrze, że to na mnie nie trafiło.

Ja oczywiście bardzo współczuję moim kolegom, itp. Ale umówmy się, czasami trzeba być w życiu egoistą. Ja niestety, wiem co się dzieje w samolocie w takich wypadkach, już kilka razy trafiło na mnie. I wierzcie mi, to wcale nie jest oczywiste, że to nie jest wina pilota, ani stewardes. Baaa, że pasażerowie powinni być nam wdzięczni, bo nie chcemy ich zabić. W końcu wykonujemy swoją pracę. Tą właściwą. (nie, podawanie ginu z tonikiem to nie ta właściwa praca) Ty to wiesz (mam nadzieję), ja to wiem, ale wierz mi… na tym się kończy nasze zacne grono. Jak przychodzi co do czego, to zawsze znajdą się jakieś asy, które zrobią aferę. ZAWSZE! A jak zaczynają podważać kompetencje pilotów, to jest najczęściej  ten sam moment, w którym ja tracę mój poker face i pokazuję swoją drugą twarz, ta mało przyjemną.