Nowy rozdział mojej przygody z awiacją

a380_on_ground

Od początku roku marzyłam, aby był już koniec czerwca. Aby było już po ślubie i zadymie na uczelni. Nie przewidziałam jednak, że to wcale nie będzie koniec zamieszania. Firma musiała oczywiście dodać coś od siebie.

Co roku na przełomie czerwca i lipca mam egzaminy. Nic nadzwyczajnego, każdy musi je przejść. Nasze licencje są wydawane na rok, a te egzaminy pozwalają je odnowić. Jednak w tym roku firma przygotowała dla mnie bonus. Wymyślili sobie, że w lipcu, wraz z corocznymi egzaminami, zmienię typ samolotu na jakich będę dalej latać. Z dotychczasowych Airbusów 330 i 340, oraz Boeingów 777, zostaną mi tylko Boeingi. Zamiast na  małych Airbusach, teraz latam na dużych, a właściwie na jednym, tym największym, czyli A380.

Od 4 lat w pracy, robiłam właściwie dokładnie to samo. To miała być największa zmiana w mojej dotychczasowej karierze w awiacji. Nie wiedziałam czy mam się tego obawiać, czy się cieszyć. Z jednej strony przerażała mnie sama zmiana, wyjście ze strefy komfortu, z drugiej – cieszyłam się na możliwości jakie mi to daje.

Na swoich małych samolocikach miałam już wyrobioną pozycję. Praktycznie na każdym locie byłam, w swojej kabinie, osobą z największym stażem, a teraz… miałam znów przejść na pozycję ucznia? To była kwestia honoru. Albo właściwie dumy i oślego uporu. Widząc mój staż wszyscy zawsze oczekują ode mnie wiedzy i doświadczenia. Wkurza mnie jeśli traktują mnie inaczej.  A teraz?! No cóż, pora schować dumę w kieszeń. Jak się pewnie domyślacie, nie poprawiało mi to nastroju i raczej nie nastrajało mnie zbyt pozytywnie do całego przedsięwzięcia.

Nie mogłam niestety od tego uciec, w najbliższym czasie wszyscy będą musieli przekonwertować swoje licencje, więc lepiej teraz niż później. Firma pozbywa się  tych małych, sympatycznych samolocików więc nikomu się nie upiecze.

csm_day_4_flight_demo-a380_landing_-_2_0790a9fa5d

Minęły już dwa miesiące odkąd latam na A380. W praktyce zrobiłam może dwa loty na tych samolotach, resztę na B777. Okazało się jednak, że była to zmiana, której potrzebowałam od baaardzo dawna. Nie jestem osobą, która dobrze znosi stagnację. Niby Ameryki nie odkryłam, jednak usiałam się to odkryć na nowo i to w dość brutalny sposób.

Od lat stawiałam dość intensywny opór wszelkim zmianom. W teorii wiedziałam, że to głupie, że jeśli nie idziesz na przód to się cofasz itd. Znam sporo takich mądrości , ale zupełnie nie widziałam tego na swoim przykładzie. Teoretycznie, znam siebie na tyle, żeby wiedzieć, że muszę się rozwijać, uczyć ciągle czegoś nowego i próbować nowych rzeczy. Nie umiem stać w miejscu i czerpać radość z życia. Jednak, w którymś momencie się zagapiłam i dopiero zmuszona to kroku na przód się przebudziłam z letargu. Wtedy też pojawiły się pierwsze myśli o wznowieniu blogowania. Zajęło mi trochę czasu zanim przeszłam od myśli do czynów, ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Foto: airbus.com