Powrót do rzeczywistości

Długi urlop nie dostarczał mi zbyt wielu tematów do pisania. Pochłonięta sprawami rodzinnymi zupełnie nie myślałam o lataniu, podróżach i pracy. Wystarczyło  jednak przekroczyć próg lotniska, żeby takie tematy się znalazły. Już sama podróż do  domu była dość ciekawa, ale dziś nie o tym.

Nieplanowany trzy tygodniowy urlop, choć wyszedł taki długi w nie ciekawych okolicznościach, to pozwolił mi wreszcie solidnie odpocząć.

Potrzebowałam tego bardziej niż myślałam, choć nikt mi nie uwierzy. Przecież jak można być zmęczonym tak wspaniałą pracą. Otóż można. Baa, powiem więcej, w moim podróżowaniu ostatnio najlepsze są powroty do domu. 😛 A poziom domatorstwa wzrósł mi niebotycznie.

Powrót do pracy bez sensacji? Niemożliwe!

Oczywiście powrót do pracy nie mógł się obyć bez sensacji.

Wracałam do Dubaju, przekonana, że mój pierwszy lot to Karachi w Pakistanie.

Weszłam do pokoju odpraw również przekonana, że Karachi. Wprawdzie skład załogi mi się trochę nie zgadzał, ale zupełnie nie wzbudziło to moich podejrzeń. Miałam lecieć z kolegą z treningu, a zamiast niego była koleżanka z treningu. Wyszłam z założenia, że pewnie go przerzucili na inny lot. Takie rzeczy się zdarzają więc zupełnie mnie to nie zaskoczyło. Do głowy mi ie przyszło, że to mnie przerzucili.

Mistrzowska odporność na wszystkie znaki na niebie i ziemi

Jak się odprawiałam przy automacie, to nawet nie spojrzałam na nr lotu, czy kierunek. No przecież wiem gdzie lecę więc po co. Odprawiam się przy tej maszynie, już tak automatycznie, że sprawdzam tylko ile mam jeszcze czasu do odprawy i jaki jest numer pokoju.  Te informacje wyświetlają się zawsze w tym samym miejscu więc na nic innego nawet nie patrze. Wprawdzie wtedy coś dziwnego mi się wyświetliło, czas do odprawy mi się nie zgadzał, ale zanim mój po urlopowy umysł to przetworzył to już wcisnęłam dalej i w zasadzie nie wiem co tam było napisane.

Nawet gdy Szefowa Pokładu, tzw Purserka, zapytała mnie czy miałam ten lot w grafiku od początku, czy może zostałam  na niego ściągnięta, zupełnie nie wzbudziło to moich podejrzeń. Wprawdzie na moją odpowiedź, że tak, miałam go w grafiku, poszedł szum po pokoju, ale nie dosłyszałam co mówili.

Nawet wrażenie, że chyba jestem jakoś tak późno, że wszyscy jakby na mnie czekali, zupełnie nie dało mi do myślenia.

Zignorowałam wszystkie znaki na niebie i ziemi.

Dopiero bezpośrednia informacja do mnie dotarła. Prawie bezpośrednia. 176f540b0f6e4ce8e8220f9799fb0902

Latający Sean Paul

Nawet gdy na naszą odprawę weszli piloci i zobaczyłam mojego starego znajomego Kapitana Sean Paula, zupełnie nie dało mi to myślenia. Nie miało być go na Karachi, ale przecież to o niczym nie świadczy,

Nazwisko Kapitana brzmi znajomo? Niestety ten Sean Paul nie śpiewa, tylko lata. Kiedyś robiliśmy razem Warszawę i pomogłam mu się dostać do Muzeum Powstania Warszawskiego. Sympatyczny gość i ciągle znosi z dumą docinki na temat swojego nazwiska. Podziwiam go za cierpliwość.

Jednak do rzeczy…

Dopiero gdy Sean rzucił tekstem, że robimy najkrótszy lot naszej linii. Lampka mi się zapaliła. Przecież Karachi nie jest najkrótsze. Pierwszy Oficer musiał zobaczyć moją minę bo zaraz dodał, że  przecież lecimy do Dohy w Katarze. Minę musiałam mieć rewelacyjną, bardzo wymowną.

Gdzie Karachi, a gdzie Doha

Zasadnicza różnica między Karachi a Dohą to długość lotu. Karachi to niecałe 2 godziny w jedną stronę, natomiast Doha 45 min.

Jak się potem okazało, ja w zasadzie byłam spóźniona do pracy. Stąd te dziwne ogłoszenia jak się odprawiałam. Doha była całe 10 min wcześniej niż moje Karachi.

Najprawdopodobniej zmienili mi ten lot w ostatniej chwili więc zostawili dla mnie otwarte bramki. Stąd pewnie też to uczucie, że wszyscy na mnie czekali. Ja faktycznie byłam spóźniona.

Dla mnie to była, w zasadzie dobra wiadomość. Wieczorem miałam mieć  internetowe zajęcia na uczelni, na które lecąc do Karachi bym się bardzo spóźniła.

Jednak musicie przyznać, że moja odporność na informacje i  sugestie jest imponująca.