14h w samolocie

47456756757

Zawsze podziwiałam pasażerów, którzy są wstanie wytrzymać takie kilkunastogodzinne rejsy.  Jutro będę mogła przekonać się na własnej skórze, jak to jest.

Lot z Dubaju, do Seattle, czyli raptem 14h. Taki lot, jako załogant, jest nie najgorszy. Zależy oczywiście od pasażerów, ale mamy przerwy po kilka godzin więc można sobie  z nimi poradzić i od nich odpocząć. Poza tym na takich lotach  ciągle się coś dzieje. Pasażerowie się nudzą więc  przychodzą na ploteczki. Czas szybko leci, a kaska wpada.

Generalnie lubię takie długie loty, ale jako pasażer…. nie wyobrażam sobie jak to ogarnę. Zawsze mówiłam, że nie ma mowy., że ja nie dam rady. Już na locie do Warszawy, który trwa max 6h, jeśli nie jestem tak padnięta, że przesypiam cały, to dostaje ku ku. Ile można siedzieć na tyłku, teraz będę musiała przeżyć, 14h bezczynnie  w tej blaszanej puszce. Nie wiem, co ja tam będę robić. No dobra, wiem, ale czy ja te wszystkie książki, gazety i lapka zmieszczę do kabinówki?

Po co lecę do Seattle, w zasadzie tylko po to żeby stamtąd wrócić. Głupio to brzmi, ale taka jest prawda.  Firma wysyła mnie tam jako pasażera, tylko po to żebym operowała lot powrotny. Super sprawa, nawet się ciesze, choć 14 godzin w tej puszce trochę mnie przeraża.

Linie lotnicze często korzystają z takich rozwiązań, jeśli z przyczyn operacyjnych potrzebują więcej załogi tylko w jedna stronę.  Nazywa się to potoczenie dead head i jest całkiem przyjemne. Płacą mi połowę tego co załodze operującej, a jeśli miejsca na to pozwolą to lecę w klasie  biznes, co też jest raczej przyjemnym doświadczaniem.

Pasażerowie – sąsiedzi, najczęściej orientują się, że coś jest z delikwentem nie tak, dopiero na samym lądowaniu, jak musimy się z powrotem przebrać  w mundur. Zdarzyło mi się już dead headować kilka razy, o ile pamiętam do Perth w Australii (raptem 10h, które całe przespałam), Zurychu  i z Bangkoku. Wyobraźcie sobie miny pasażerów, jak nagle na lądowaniu 10-ciu pasażerów, przebiera się w mundury. Bezcenne. Byli dość zszokowani. Wzbudziliśmy wtedy  nienaturalnie dużo zainteresowania. To był rejs, na którym cała załoga dead headowała. Kogo się dało wcisnęli do biznesu, a reszta, w tym ja niestety, leciała w klasie ekonomicznej.

Za każdym razem bardzo mile to wspominam, jednak Seatlle jest z nich wszystkich najdalej.