A jednak nie tylko chicken or beef?

Jak co roku o tej porze, przyszła pora na odświeżenie licencji. Plastik to jedno, a świadomości, że moja praca nie opiera się tylko na serwowaniu kawy, to drugie.

Dzięki Bogu, niewiele razy musiałam się produkować. Zarówno  jeśli chodzi o pierwszą pomoc, jak i  ewakuację. I oby tak zostało!!!

W mojej pracy bardzo łatwo zapomnieć o co w niej właściwie chodzi. Na co dzień sprowadza się to do kelnerowania, ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Wielu pasażerów o tym nie pamięta, przez to nam też zdarza się zapominać.

Aby zdać wszystkie egzaminy (raptem 5) musiałam sobie trochę odświeżyć pamięć. A tak wygląda moje pole walki:20150623_1702241. Niezbędna jest kawa, bo przecież te procedury wszystkie są tak fascynujące…

2. Zwany potocznie Manual – to ta księga na środku – teoretycznie cały powinnam recytować z pamięci. Na szczęście na głowę jeszcze nie upadłam i mam życie, więc czytam go raczej ze zrozumieniem, niż ryje na pamięć.

3. Po co mi komputer? Niestety nie do przeglądania Facebooka. Teoretycznie nie powinnam mojego manuala drukować, ale ja nie umiem się inaczej uczyć. W każdym razie wydrukowałam go w zeszłym roku więc wiele rzeczy musiałam sobie aktualizować z wersją internetową. Objawy chorób się nie zmieniły ale już procedury ewakuacji albo składy apteczek tak. Podobno zmiany na lepsze. Nie wiem, wiem tylko, że mi komplikują życie.

4. I najważniejsze – kocyk. Może i mieszkam w ciepłych krajach, ale klima jak daje to nie ma mocnych. Bez kocyka na tej kanapie nie da się wysiedzieć, niestety z wyłączoną klimą też się nie da.

I w takim klimacie zleciały mi prawie trzy dni. Oczywiście mocno naciągane jest, że na tej kanapie przez te trzy dni tylko się uczyłam. W końcu cały jeden audiobook sam się nie przesłuchał, a mieszkanie samo się nie posprzątało.

Uczenie się czwarty raz tego samego nie jest porywające, ale jak mus to mus. Na szczęscie z roku na rok odświeżanie tych wszystkich szczegółów idzie mi szybciej.