Seszele, czyli relaks w krystalicznej postaci

DSC_0052DSC_0329 DSC_0077 DSC_0087Seszele… ech, jeszcze mi się mordka śmieje, jak sobie o nich pomyślę. Coś na co oboje bardzo czekaliśmy. W ferworze walki z pracą, studiami i innymi przedsięwzięciami, zupełnie zapomnieliśmy co to odpoczynek i relaks. Powoli zaczynamy uczyć się tego na nowo, szczególnie ja. Jeden dzień na Seszelach był wymarzoną okazją na długo wyczekiwaną ucieczkę od rzeczywistości. Nie mogliśmy jej przegapić. Już od dawna chodził nam ten pomysł po głowie i wreszcie miał się ziścić. Marzenia są w końcu po to by je spełniać.

Adrenalina i podekscytowanie sięgały zenitu. Miotaliśmy się, czy położyć się spać po nocnym rejsie, ale pogoda była tak cudowna, że szkoda było nam czasu. Na Seszelach w zależności od lotu, kwaterują nas w różnych hotelach. Różnią się one od siebie w dość zasadniczy sposób. Nie chodzi mi tu o standard, ale raczej lokalizację. Jeden jest daleko na krańcu wyspy, więc trochę zachodu kosztuje wydostanie się stamtąd. Hotel oferuje wiele wodno – plażowych atrakcji więc na pewno byśmy się nie nudzili. Nam natomiast trafił się ten drugi hotel, który jest bliżej lotniska i szeroko pojętego miasta. Nie omieszkaliśmy tego wykorzystać. Wynajęliśmy samochód i postanowiliśmy objechać całą wyspę.  Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy spędzili ten wyjazd leżąc tylko na plaży.

DSC_0003

DSC_0006 Nasz automobil

DSC_0033

Wjazd na rondo z lewej strony. Grrr

DSC_0381

Samo wynajęcie auta okazało się pomysłem zupełnie niedocenionym przez nas. Stopień szaleństwa na jakie się piszemy zaskoczył nas samych. Zupełnie nie wzięliśmy pod uwagę kilku istotnych kwestii. Już sam wyjazd z parkingu pod bacznym okiem właściciela okazał się wyzwaniem. Owszem stan techniczny auta pozostawiał wiele do życzenia, ale nas wtedy właśnie oświeciło zupełnie co innego – przecież żadne z nas nigdy nie jeździło lewą stroną. Wjeżdżanie na rondo z lewej strony to nie lada przeżycie. Każde skrzyżowanie to był stres i pełne skupienie, gdzie ja mam w ogóle jechać, który pas zając. Nic nie było oczywiste.

Pomijam już szerokości tych dróg i prędkość z jaką oni tak suną. Myślałam, że jadę środkiem drogi, czyli jak my to nazywamy, na pilota, tzn. z  pasami między nogami tak jak piloci samolotów po pasie startowym. Jakie było moje zdziwienie, gdy Mateusz mi krzyczy przerażony, że ja zaraz w skarpę wjadę lewą stroną, a na to wszytko z kosmiczną prędkością mija nas wielki autobus, który jechał w przeciwnym kierunku, a minął nas chyba o włos. Z wrażenia prawie zatrzymałam auto. Przy prędkości 30 km/h nie było to trudne. Niby się ślimaczyłam, ale przy stanie lokalnych dróg i ich szerokości, wydawało mi się, że osiągam trzecią kosmiczną.

Samo używanie kierunkowskazów okazało się wyzwaniem. Wszystko było na odwrót, a przerzucanie biegów na luźnej skrzyni biegów, w dodatku lewa ręką… legen… wait for it … dary.  Przeżycia z kategorii: będę opowiadać wnukom, dla których pewnie sama manualna skrzynia biegów będzie graniczyła z science – fiction.

DSC_0294

Przykład drogi dwukierunkowej, ale wg lokalnych standardów, bardzo szeroka droga.

Z mapy wynikało, że jadąc cały czas przed siebie objedziemy wyspę dookoła. Jak dla nas rewelacja. Okazało się to jednak nie takie proste. Potraktowaliśmy to zbyt dosłownie. Wątpliwości nie wzbudził nawet fakt, że główna trasa przez wyspę miała szerokość malucha. Z lewej skarpa, z prawej krzaki i tylko gdzie nie gdzie wysepka, żeby mogły się minąć dwa samochody, jadące w przeciwnych kierunkach. Oczywiście, że ta trasa mimo swojej wątpliwej szerokości była dwukierunkowa. Po podziwianiu nietoperzy i widoków, okazało się też dlaczego ta trasa była dwukierunkowa. Prowadziła do zamkniętej bramy. Pocieszyło nas, że nie tylko my się na to złapaliśmy. Zaraz za nami dojechały do mety dwa kolejne autka pełne turystów.  Chwała bogu, że spotkaliśmy się na końcu tej trasy. Gdybyśmy mieli się minąć gdzieś w połowie, chyba bym wysiadła i pobiegła z krzykiem porzucając auto. Tak było tam ciasno.

Na trasie ciągle robiliśmy sobie przystanki na podziwianie widoków. Tam plaża plażą goni plażę. Cała wyspa jest bardzo górzysta, co jeszcze dodatkowo dodaje temu wszystkiemu uroku. Na tyle błogo nam było, że nawet nie poczuliśmy jak łapie nas słońce i powoli spieka. Niby tylko z auta do auta, ale spiekliśmy się jak trzeba.

DSC_0175 DSC_0376 DSC_0173 DSC_0172 DSC_0155 DSC_0177 DSC_0221

Zjedliśmy śniadanie w hotelu, ale szybko zrobiliśmy się głodni. Haczyk polegał na tym, że była sjesta i wszystko było pozamykane. Tam ludzie żyją dużo spokojniej. W największych temperaturach nie widzą powodu pracować, szczególnie, że jest to tez pora obiadu. Musieliśmy więc ją gdzieś przeczekać. Trafiliśmy na piękną plażę. Na szczęście znaleźliśmy tam trochę cienia. Ja się rozłożyłam na ręczniczku i z tego relaksu i odprężenia, zaliczyłam komara. Natomiast Mateusz skorzystał z okazji i się wykąpał. Widzieliśmy też lokalna lekcje w-fu. Okazuje się, że tam dzieci nie chodzą na w-fie na basen, bo i po co skoro mogą uczyć się pływać na plaży i w morzu po drugiej stronie ulicy. Niesamowity widok. Dzieciaki były na etapie zdecydowanie wczesnoszkolnym, a nurkowały i skakały do wody jak starzy wyjadacze. Wysłuchane wiadomości w radiu dały nam informacje o problemie rządu z nauczycielami, tzn. z brakiem chętnych do wykonywania tego zawodu. A trzeba przyznać, że szkoły to tam były co chwile. Nawet uniwersytet znaleźliśmy. Wszyscy elegancko w mundurkach. Ciekawie to wygląda.

DSC_0359

Lokalna lekcja wychowania fizycznego.

DSC_0134 DSC_0138

Zastanawialiśmy się również dlaczego nikt nie jeździ tutaj na rowerze, tylko wszyscy na piechotę maszerują. Nasza teoria jest dość banalna: otóż weź w tym upale śmigaj pod takie góry na rowerze, powodzenia. Już samo wejście stanowi nie lada wyzwanie, a co dopiero wjechanie. Styl życia tych ludzi jest godny podziwu. Oaza dla zachodniej cywilizacji, która ciągle gdzieś biegnie i wiecznie się spieszy. Swoją drogą, ciekawe było też, że wiele domów nie miało szyb w oknach, tylko rolety. Dla mnie to wniosek, że chyba czują się tam ze sobą bezpiecznie. Swoją droga w tak małej społeczności, każdy zna każdego, więc nie ma się co dziwić. Jednak, mimo to, całkiem sporo policji widzieliśmy na ulicach. Kontrolowali głównie auta. Nam się dziwnie przyglądali, tylko jak na poboczu taśmą klejącą montowaliśmy kamerkę to lusterka wstecznego, ale w sumie trudno im się dziwić. Sam pomysł był dość wesoły, ale efekty rewelacyjne. Sam zakup taśmy okazał się nawet łatwy, choć w sklepie trafiliśmy na stara Hinduskę, która po angielsku raczej mówiła średnio/wcale. Na szczęście nie była sama w sklepie. Oczywiście hindusów tam nie brakuje. Jak chyba wszędzie. Można na nich liczyć,gdziekolwiek pojedziesz. 😛

Zaskoczyła nas też ilość kościołów, które widzieliśmy. Oczywiście nie mogło też zabraknąć hinduistycznej świątyni. Meczetu żadnego jednak nie widzieliśmy, co oczywiście nie znaczy, że nie ma. Jednak jest to z pewnością kraj katolicki. I wcale nie wnioskuję tego po ilości kościołów, choć to potwierdza moją teorię. Kluczowym argumentem jest jednak sprzedaż alkoholu w każdym spożywczaku. Zupełnie się od tego odzwyczailiśmy. Mieszkając w kraju islamskim, zaczynasz zauważać dziwne rzeczy 😛

DSC_0197

Domy bez szyb w oknach.

DSC_0110

Lokalne kościoły

DSC_0132DSC_0464

DSC_0202

Lokalny komisariat policji

Jadąc sobie autkiem, ciągle gubiliśmy zasięg radia. Mają swoje lokalne stacje, które nadają w większości po angielsku. Mają swój lokalny seszelski język, ale francuski i angielski sprawdzają się tam rewelacyjnie. Swoją droga wyspę Mahe zamieszkuje 80% z niecałych 90 000 ludności lokalnej Seszeli. Reszta rozproszona jest po wielu innych wyspach tego archipelagu. Nie mniej jednak stolica też nas zauroczyła. Jedna główna ulica, jedno główne skrzyżowanie. Drogi przez centrum wydawało nam się z deptakami, jednak samochody środkiem w podobnym tępię się przemieszczały. Wszech panująca mikroskala, w porównaniu z takim Dubajem, robi wrażenie, rozczula i bawi. Chcieliśmy coś tam zjeść, jednak zupełnie nic nie znaleźliśmy, zaczynając od pomysłu na zaparkowanie auto. Uznaliśmy, że objedziemy druga cześć wyspy i zjemy w hotelu.

Centrum Victorii - stolicy Seszeli

Centrum Victorii – stolicy Seszeli

DSC_0427 DSC_0428

DSC_0471

Dzień zakończyliśmy romantycznym wieczorem przy basenie, czyli drinki z palemką, Mateusz pływanie, ja książka, dokładnie to co tygrysy lubią najbardziej. Później romantyczna kolacja z mężem. Jak zawsze jego danie smakowało mi lepiej niż moje.

Miejsce niesamowite, ale tak sobie myślę, że weekend, może tydzień, żeby zobaczyć pozostałe wyspy. Dłużej bym tam nie wytrzymała. Ile można leżeć do góry brzuchem. Oj wiem, wiem… niektórzy mogą długo. My chyba jednak nie.

DSC_0326

Lokalna ludność przy pracy

DSC_0341

Seszelskie żyjątka

DSC_0368

DSC_0489 DSC_0424 DSC_0384 PS. Wszystkie zdjęcia są moje lub Mateusza, choć niektóre wyglądają jak ściągnięte ze stron www z gotowymi tapetami na pulpit ,to tak nie jest!! Przynajmniej już wiadomo, jak i gdzie robią takie tapety. 😛