Jak podróżować, to tylko z przygodami…

Transport lotniczy jest niesamowicie nieprzewidywalny. Nawet sobie pewnie nie zdajecie sprawy, na jak wielu etapach, coś może pójść nie tak. A jakby tego było mało, na tak niewiele rzeczy mamy jakikolwiek wpływ. Oczywiście zawsze do końca wierze, że tym razem wszystko pójdzie zgodnie z planem… . Ile razy już nie poszło? Nie jestem wstanie zliczyć .

Powinnam się już do tego przyzwyczaić, ale jakoś ciągle nie mogę. Siedzę w tym biznesie już od trzech lat, nie jedno widziałam, o nie jednym słyszałam, a wiele przeżyłam na własnej skórze. Przy takiej częstotliwości podróżowania jak nasza, dość często idzie coś nie tak. Za często.

Oczywiście pewnie domyślacie się, że nie napisałam dwóch stron tekstu o tym, jak samoloty latają cudownie i na czas. Nie, oczywiście, że nie jest cudownie i nie poszło zgodnie z planem, ani tym bardziej na czas.

Nasze przygody najczęściej dotyczą podróżowania na tzw. standby –u, czyli na niepotwierdzonych biletach. Jako pracownicy linii lotniczej mamy do nich dostęp, są dużo tańsze, ale mają jeden warunek – zabiorą nas jak będą miejsca.

Tym razem miałam potwierdzony bilet, czyli wszystko powinno pójść zgodnie z planem. Wybierałam się na święta do domu. Teoretycznie poszło, tylko z 3,5h opóźnieniem. Ostatecznie, lepiej późno niż wcale. Według informacji jakie dostaliśmy od Kapitana mieliśmy jakieś problemy techniczne i musieliśmy zmienić samolot.

Jak tylko dotarłam na swoje miejsce to położyłam się spać i nawet nie zauważyłam jak minęła godzina. Przebudziłam się, w między czasie, kilka razy i wydawało mi się, że boarding trwa strasznie długo, ale nie było to na tyle zastanawiające, żebym zaraz nie przysnęła dalej. Dopiero ogłoszenie Kapitana, że muszę się ruszyć bo nas wysadzają, postawiło mnie na nogi. W momencie opuszczania pierwszego samolotu planowany odlot miał być tylko o 2,5h opóźniony. Jednak wypchnęli nas z 3,5h opóźnieniem. Wszyscy pasażerowie dostali darmowe vochery na drugie śniadanie, a w bramce stał gość z napojami i ciasteczkami więc jakoś ten czas zleciał. Linia się postarała, nie można narzekać. Najbardziej szkoda mi załogi, bo ich czas pracy się wydłużył, ale niestety nikt im za to nie zapłacił. Dlaczego? Ponieważ stawki załogi są liczone za wylatane godziny, czyli od wypchnięcia samolotu z bramki do jego ponownego tam zaparkowania. Wszystko co przed i po, niestety, nie jest doliczane.

Z opóźnieniem, ale dotarłam do Warszawy, w jednym kawałku i tego samego dnia. Moja mała przygoda to zdecydowanie nic w porównaniu z Mateusza podróżą do Gdańska kilka dni wcześniej. Z powodów rodzinnych musiał pilnie dostać się do Gdańska. A jak się człowiek spieszy to się diabeł cieszy. Dosłownie w ostatniej chwili dostał telefon i zielone światło na wyjazd. Dosłownie też wybiegliśmy z domu, żeby zdążyć na samolot. Jakimś cudem się udało… Do tego cudu przyczyniła się pogoda, a dokładniej mgła, która wisiała wtedy nad Dubajem i opóźniła wszystkie poranne rejsy. Dzięki temu go w ogóle zabrali. Bezpośredni lot do Warszawy już dawno odleciał więc Mateusz musiał łapać Monachium, a tam miał przesiąść się na bezpośredni lot do Gdańska. Brzmi łatwo i przyjemnie, ale tak nie było.

Mgła w Dubaju opóźniła jego lot do Monachium przez co swojego lotu do Gdańska nie złapał. Jak się później okazało, dużej straty nie było. Ze względu na wymianę systemu nawigacyjnego na lotnisku w Gdańsku, plus mgłę, tamten lot najpierw wisiał nad miastem ponad godzinę, a potem z powodu braku paliwa wylądował w Warszawie, ale to nie koniec zamieszania. Mateusz czekał raptem 5h na lotnisku w Monachium, w zasadzie tylko po to, żeby się dowiedzieć, że pogoda w Gdańsku się nie poprawia i wszystkie loty zostają odwołane. Czekał później kolejne 2h w kolejce, żeby się dowiedzieć, że linia nic nie może dla niego zrobić, poza przerzuceniem jego rezerwacji na kolejny dzień. W środku nocy, w obcym mieście musiał szukać sobie noclegu. Na szczęście mamy XXI wiek i wszechmogący Internet. A booking.com jak zwykle okazał się niezawodny. Niemcy to cywilizowany kraj więc płatność kartą albo wyciągnięcie kasy z bankomatu też nie stanowiło dużego problemu. Strach pomyśleć, jakby to było, gdyby stało się to na jakimś małym lotnisku na końcu świata, a i takich lotnisk, wbrew pozorom, jest całkiem sporo. Dużo cierpliwości wymagało też odzyskanie bagażu, ale przy 5h czekania na nic, każdy kolejny kwadrans wydaje się niczym.

Na szczęście następnego dnia już mgły nie było i wreszcie udało mu się dotrzeć do Trójmiasta. Nasz niepoprawny optymizm nakazuje nam też docenić, że jego bagaże doleciały wraz nim. Wierzcie mi, z Monachium albo Frankfurtu, to wcale nie jest takie oczywiste. Mamy w tej kwestii trochę doświadczenia.