Katastrofa Germanwings z punktu widzenia pozostałych pracowników samolotu.

Katastrofa Germanwings w Alpach to z pewnością wydarzenie, które spowoduje zmiany w lotnictwie. Zmiany, które moim zdaniem powinny zajść już dawno temu.

Na początku zupełnie nie wiedziałam co o tym myśleć. Szczególnie o insynuacjach dlaczego w ogóle doszło do katastrofy, a potem o nowych przepisach, które wszyscy sugerują i wprowadzają.

Słucham tych wszystkich doniesień i zastanawiam się… . Na co dzień pracuję w tym biznesie i mam chyba jednak trochę inne przemyślenia i punkt widzenia na to wszystko. Nie rusza mnie dywagowanie nad tym, jak on mógł to zrobić, bo na to wiem, że odpowiedzi nie znajdę. Okazuje się, że depresja nie jest jedyną możliwą diagnozą, która prowadzić chorego do samobójstwa.  W rezultacie presja i ambicja, bądź wręcz, mania wielkości, bywa bardziej niebezpieczna. I to są fakty.  A jeśli ja nie zauważę, że z Mateuszem zaczynają się dziać jakieś dziwne rzeczy? Jeśli ja zignoruję jakieś dziwne teksty, które będą oznaką jakiegoś szaleństwa? Grr.. strach w ogóle myśleć. Dlatego wcale nie dziwi mnie reakcja i wystąpienia przed pasażerami innych pilotów. Na wszystkich robi to wrażenie. Zaufanie do pilotów zostało mocno nadwyrężone. Jeśli im nie możemy ufać, to jak ja mam wsiąść do tej puszki i powierzyć im swoje życie. Wierzcie mi, nie tylko ze strony pasażerów jest burza mózgów. My też jesteśmy od nich w pełni zależni, a zaufanie na wysokości 40 000 stóp to podstawa. Bardzo często jesteśmy my kontra 400 pasażerów,  jeśli nie możemy sobie ufać i na siebie liczyć, to jesteśmy w czarnej dupie. Dotyczy to zarówno stewardes jak i pilotów. Co my niby mamy teraz robić? Rozglądać się po sobie i szukać szaleńców? Tak się nie da. A jednocześnie, oczy nam zostały bardzo brutalnie otwarte. I niech Wam się nie wydaje, że przecież my się świetnie znamy. Wiele linii lotniczych jest tak zorganizowanych, że my właściwie się wcale nie znamy bo codziennie latamy w innym zespole.

7e514b4e-d4a9-11e4-ac45-0025b511226e

http://www.tvn24.pl/pilot-germanwings-obiecal-pasazerom-ze-bezpiecznie-dotra-do-celu,528337,s.html

W mediach jest spora burza na temat możliwości uniknięcia tego i wniosków, które powinny za tym iść. Ja  należę do frontu, który uważa, że można było temu zapobiec.

Dlaczego tak uważam? Moje argumenty są bardzo banalne i mało mają wspólnego z fachową wiedzą lotniczą.

Mateusz przed przystąpieniem do podstawowego szkolenia, czyli tzw. PPL (Private Pilot Licence) musiał przejść badania lekarskie. Nic nadzwyczajnego. Kwestia raczej oczywista. Ja pracując kiedyś na rejestracji w prywatnej przychodni i mając do czynienia z medycną pracy, od razu mu powiedziałam, co wiem, że na pewno będzie go czekało.

Wydało mi się oczywiste, że jest to praca powyżej 3 metrów, a więc czeka go  lekarz orzecznik, a przed tym okulista, neurolog, laryngolog, krew  i… psychotesty. W polskich przepisach, każdy pracownik pracujący na wózkach widłowych lub powyżej 3m, cokolwiek tam robi, musi przejść psychotesty. Bez tego żaden lekarz nie wyda mu orzeczenia o zdolności do pracy. Przynajmniej tak było 3 lata temu jak pracowałam w tej branży. Nie wydaje mi się, jednak żeby coś się zmieniło. Obstawiam, że na tych testach sprawdzają np. czy dany delikwent nie skoczy z tej wysokości, albo nie będzie ludziom zrzucał nic na głowę.  Wszystko jasne i oczywiste, tylko że Mateusz NIE musiał przejść takich badań. Szok? Dla mnie już  wtedy bardzo duży. Miał masę innych badań np. wzroku i serca, ale nic na głowę. Taki mały samolot przecież też można władować w rządowy budynek i narobić dużo zamieszania, o  ofiarach śmiertelnych nie wspominając. Wyszłam z założenia, że decydują o tym ludzie mądrzejsi ode mnie, ale jak się okazuje nie zupełnie. Tłumaczyliśmy  to sobie wtedy, że może dopiero przy bardziej zaawansowanych licencjach robią takie testy. Teraz wiem, że też niekoniecznie.

Pracuję z pilotami na co dzień i powiem Wam szczerze, że jest to dość stresująca praca. I z pewnością nie wszyscy są wstanie udźwignąć taką odpowiedzialność. Wielu z nich to faceci rozważni, odpowiedzialni, inteligentni, stanowczy i godni zaufania, ale jak wszędzie – nie wszyscy. Są i tacy, którzy powodują, z ja do kokpitu zaglądam rzadko, czyli najczęściej, jak ja to nazywam, stare niewyżyte samce. Jak się okazuje są też inne typy i dziwactwa.

Nasza linia lotnicza jeszcze nie wprowadziła nowych  przepisów dotyczących dwóch osób zawsze w kokpicie, ale nie wykluczam takiego rozwoju wydarzeń. Pierwotnie byłam przeciwna takiemu rozwiązaniu. Z czysto praktycznego powodu.

Określę to w dużym skrócie cytując Jerzego Dziewulskiego, byłego dowódcę ochrony pokładów samolotów PLL LOT, który wypowiadał się w Faktach po Faktach na TVN 24:

Słuchaj lala, ja prowadzę ten samolot i robię co chcę

Moim zdaniem, nie wymaga to dodatkowego komentarza. Stereotypowe stosunki pilotów i stewardes nie zostały jeszcze zupełnie wyparte więc taki tekst jest jak najbardziej realny. Poza tym jest ogromna przepaść między moją wiedzą i  obowiązkami, a wiedzą pilotów na temat tej samej maszyny. Ja zupełnie nie ogarniam tych wszystkich guziczków w kokpicie i z tego co wiem, mało kto po mojej stronie kabiny je ogarnia. Nie wielu jest stewardów, którzy tak Mateusz coś tam wiedzą na ich temat i ciągle uczą się więcej.

A nawet jeśli już tam będę, to co ja zrobię?? Przecież póki wyraźnie nie zaczniemy schodzić w dół, albo ktoś nie zacznie agresywnie/ panicznie/ histerycznie walić w drzwi, to ja się nawet nie zorientuję, że on przełącza coś nie tak jak powinien. Nie mówiąc już o tym, żeby to odkręcić.

Reasumując, pierwotnie wydawało mi się, że mam tylko jedno rozwiązanie. Zdjąć gaśnice i walnąć go w łeb. Prawda jest taka, że ja nigdy nawet nie zwróciłam szczególnej uwagi, gdzie są guziczki od blokady drzwi. Taką burzę mózgu skonfrontowałam z Mateuszem, który mnie oświecił. Przecież ten guziczek wcale nie blokuje drzwi, tylko klawiaturę i kody dostępu. Od środka, manualnie wciąż można je otworzyć. I tu kliknęło mi w głowie dalej…

Kokpit jest tak przestronny, że przecież my i tak zawsze stoimy w drzwiach. Ewentualnie siadamy na tzw. jump sit – cie, czyli dodatkowym siedzeniu, które i tak jest zaraz obok wejścia. On będzie zajęty sobą, swoją misją, a ja mogę nie ruszając się z tego miejsca, otworzyć drzwi. Plan całkiem niezły i co najważniejsze wykonalny, jednak nie gwarantuje sukcesu.  Dalej pozostaje kwestia, która mnie wciąż zastanawia. Co kapitan będzie wstanie zrobić w takie 8 min. Drugi pilot, przecież nie będzie siedział i patrzył jak jego misja zostaje przerwana. Mamy metody i techniki, które pozwalają nam na powstrzymanie niebezpieczniejszych pasażerów, ale nie ćwiczymy ich w kokpicie, gdzie jest masa różnych guziczków. Teoretycznie umiałabym powalić wielkiego jak dąb faceta, ale czy na prawdę dałabym radę? Nie wiem. Przy użyciu, z jego strony, jakiejkolwiek siły wobec mnie, moje szanse maleją dość znacząco. Musiałabym go czymś związać, ale w tej chwili, nic co wiem, że na co dzień znajduje się w kokpicie, raczej się nie nadaje.  Najczęściej takie rzeczy planujemy i nie robimy tego w pojedynkę, czyli wymagają więcej czasu i ludzi.

Jedno jest pewne, Andreas Lubitz osiągnął swój cel. Lotnictwo się zmieni. Niestety, w tej branży, każda zmiana jest wypisana krwią ludzi. Do tej pory nikt nie spodziewał się, że zagrożenie może przyjść od środka. Smutne, ale prawdziwe.