Seattle o 4tej nad ranem

Jet lagowych opowieści ciąg dalszy…

jet lag 2Obudziłam się w środku nocy i oczywiście szybko zgłodnialam.

O 4tej na ranem miałam w zasadzie dwie opcje…

1. Room service, ale jego oferta o 4tej nad ranem nie jest zbyt zachęcająca. Została mi więc tylko druga opcja.

2. Zejść do recepcji i zapytać o jakiś całodobowy sklep spożywczy.

Odpowiedz, którą uzyskałam, spowodowało, że na chwilę zwątpiłam. Okazało się, że najbliższy sklep to 12 minut spaceru. Na recepcji stwierdzili, że podobno jest bezpiecznie. Uwierzyłam im na słowo. Byłam, chyba trochę zdesperowana. Uprzedziły mnie tylko, że może być sporo bezdomnych, ale oni są raczej nie groźni. Wszystko fajnie, ale nie wzięły jednej rzeczy pod uwagę. – to była sobota wieczór.  Poza bezdomnymi spotkałam jeszcze całą masę pijanych i rozebranych nastolatków.

Ostatecznie najpierw nie mogłam znaleźć tego sklepu, potem okazało się, że jest zamknięty. Nie ma to jak rzetelna informacja. Na szczęście poratowała mnie stacja benzynowa.

10913538_10205861351196206_1449744915_n

Znalezione na murze

W między czasie jakiś gość chciał mi sprzedać prochy, potem taksówkarz do mnie machał ruszając ze świateł. Kolejny kierowca się do mnie dziwnie uśmiechał jak ja stałam na światłach. Reasumując – śmietanka towarzyska Seattle. W pewnym momencie musiałam wyglądać na bardzo zagubiona, bo jakiś młody gostek, w samochodzie bez rejestracji, zatrzymał się na środku, żeby mi pomóc. Oczywiście byłam bardzo chętna.

Na stacji sprzedawca mnie bardzo elegancko podsumował. Moje zakupy skwitował tylko jednym, bardzo trafnym pytaniem: to jest śniadanie czy już lunch? Nie umilam mu odpowiedzieć. Dawno już zgubiłam kolejność posiłków.

Esencję i bezcelowość mojej wycieczki uświadomiłam sobie wracając już do hotelu.  Po drodze mijałam, czczonego w całych Stanach,  Starbucksa. W niedzielę wyjątkowo otwierali go dopiero od 5tej. Dali pospać biednym ekspedientkom. W tygodniu jest otwarty od 4.15. Gdyby babeczki w recepcji powiedziały mi o tym na samym początku,  wytrzymałabym tą godzinę i zamiast szlajać się po mieście w środku nocy, zjadłam bym jakieś bardziej normalne śniadanie. Swoją droga szkoda mi tej kobiety, która musi w tym Starbucksie siedzieć od 5tej w niedziele. Kto normalny w niedzielę zaczyna dzień o 5tej?! Poza takimi wybitnymi przypadkami jak ja, ale ja zaczynam dzień o 2giej, a nie o 5tej.

Jak wychodziłam na moja wycieczkę, do windy wsiadał dostawca pizzy, idę o zakład, że do któregoś z moich kolegów z lotu.

Ja chce już chyba do domu… gdzie dzień jest w dzień, a noc jest w nocy.